5/5 - (1 vote)

Kościół, czy raczej ta jego część, która deklaruje otwartość, potrafi być bezwzględnie zamknięty. Nie wobec świata, lecz wobec własnych dzieci. Cena za wierność Tradycji okazuje się dziś wyższa niż za odejście.

Najdroższe w tym wszystkim nie są oskarżenia ani docinki. Te da się znieść. Najbardziej boli cisza. Moment, w którym odwracają się ci sami ludzie, którzy przez lata powtarzali, że miłość w Kościele jest bezwarunkowa, że każdy ma swoje miejsce, że „zawsze będziemy razem”. Ludzie obecni od chrztu, od Pierwszej Komunii, od bierzmowania. Ci, którzy stali obok na pogrzebach i składali obietnice troski.

Wszystko trwało do chwili, gdy wybór padł na Mszę trydencką, brewiarz po łacinie, sutannę zamiast dżinsów, na mówienie o celibacie bez zastrzeżeń, o sakramentach bez eksperymentów, o Katechizmie bez przypisów z Amoris laetitia. Wtedy nagle okazało się, że miłość ma warunki. Że pojawia się diagnoza.

Brakuje ci miłości.
Brakuje ci godności.
Robisz to, bo jesteś sam.

To ostatnie jest najbardziej dotkliwe. To emocjonalny szantaż opakowany w troskę. Sugestia, że decyzja nie może być wolna ani wypływać z miłości do Chrystusa. Musi wynikać z deficytu, traumy, niedojrzałości. Jakby wiara była zawsze podejrzana, jeśli nie idzie w parze z aprobatą środowiska.

Paradoks jest uderzający. Gdyby wybór padł na odejście z Kościoła, na życie w sprzeczności z jego nauczaniem, na porzucenie wiary, zapewne padłyby słowa o pokoju serca i osobistym szczęściu. Byłyby uśmiechy, uściski, publiczne deklaracje akceptacji. Tymczasem wybór starego rytu, starego Mszału rzymskiego, starego katechizmu i starej moralności czyni z człowieka problem. Kimś, za kogo „trzeba się modlić”, ale z kim nie wypada już rozmawiać przy kawie po Mszy.

Najbardziej uderza fakt, że właśnie ci, którzy najgłośniej mówią o włączaniu wykluczonych, o peryferiach i o Kościele bez murów, budują dziś mur najgrubszy. Mur wokół tradycjonalistów. Nie dlatego, że są grzesznikami w klasycznym sensie. Przeciwnie. Bo chcą wierzyć tak, jak wierzono przed nimi. Bez negocjacji. Bez dopisków. Bez drogi „rozeznawania”, która zawsze prowadzi w jedną stronę.

Dlatego tak, jesteśmy dziś trędowatymi synodalności. Akceptuję tę nazwę. Akceptuję cenę. Po raz pierwszy w życiu stoję po stronie naprawdę wykluczonych. Nie z pychy, nie z buntu, nie z nostalgii za kadzidłem i łaciną, lecz z przekonania, że tam, gdzie wierność kosztuje, tam Chrystus jest najbliżej.

Gdy widzę odwrócone spojrzenia i zerwane rozmowy, nie czuję gniewu. Czuję smutek. I jednocześnie głęboką, trudną do wyjaśnienia radość. Bo naśladowanie Tego, który był z pogardzonymi i odrzuconymi, nigdy nie było wygodne. Dziś rolę „wykluczonych” pełnią ci, którzy chcą wierzyć tak, jak wierzyli ich dziadkowie.

Tak, płacę wysoką cenę.
I nie żałuję ani jednej łzy.
Bo wiem, za Kogo płacę.
I wiem, że On nigdy nie odwraca wzroku.

Ks. Mieczysław

Poprzedni artykułBudżet po pierwszej dużej korekcie
Następny artykułNowy rozdział przed stuleciem