Ja, Antoni, na drugie mam Eugeniusz i jest to imię wuja. Było pragnieniem mojej matki, aby właśnie jej ukochany brat trzymał mnie do chrztu. Jednakże swoją kandydaturę przeforsował stryj Mieczysław. Dowiedziawszy się, że jego starszemu bratu, czyli mojemu ojcu, urodził się syn, Mietek przedarł się z Rzeszy (dokąd go wywieziono na przymusowe roboty) do ojczyzny – w nieprzepartej woli uczynienia mnie swym chrześniakiem. W Lany Poniedziałek, przy biesiadnym stole, spotkali się ci dwaj ojcowie chrzestni, jeden niedoszły, drugi rzeczywisty. Siedząc obok mnie (już dorosłego) powiedział mi na ucho coś pod adresem rozprawiającego Eugeniusza: „Słyszysz, jak się mądrzy? – szeptał z szelmowską miną. – Ale ja go zaraz urządzę.” Podniósł się z krzesła i stanąwszy za plecami Eugeniusza pokropił perfumami jego łysinę. Czy temu alkoholikowi nie żal było forsy? Flakon zamiast flaszki. Pieniądz wydany na perfumy nie był jednak tak bardzo zmarnowany, jeśli się zważy, iż pachnidło zawierało spirytus.
* * *
Wraz z mym przyjściem na świat w lipcu 1940 roku wyłoniły się dla rodziców dwie sprawy. Skąd wziąć mleka dla noworodka? Kto ma być jego ojcem chrzestnym? Matka pomyślała o bracie Eugeniuszu, aliści zamysł matczyny nie doszedł do skutku wobec inicjatywy stryja Mietka. Na wieść, że jego najstarszemu bratu coś się urodziło, zrobił wszystko, żeby odegrać pierwszoplanową rolę w uświęconej ceremonii. Urwawszy się z Niemiec, dokąd został wywieziony na przymusowe roboty, wrócił do Generalnej Guberni, by przeforsować swoją kandydaturę.
Był Lany Poniedziałek, gdy odwiedzili nas ci dwaj. Eugeniusz, mój niedoszły ojciec chrzestny, po którym dostało mi się drugie imię, dzięki czemu w metryce obok Antoniego figuruje Eugeniusz, oraz ojciec chrzestny faktyczny. Znali się kiedyś blisko, mieszkali w tym samym domu, potem ich drogi się rozeszły. Toteż Mietek, zwracając się teraz do Eugeniusza, użył formy pan, a chcąc mu okazać uszanowanie, zauważył: „Łajzą nigdy pan nie był.” „O, ja wszystkim byłem” – odparował dowcipny Eugeniusz. Kimże on w życiu nie był! Na to Mietek: „Mogę panu powiedzieć, kim pan był i kim jest w dalszym ciągu. Artystą.”
Podchwycił to mój ojciec. Był olśniony. Określenie artysta najlepiej charakteryzowało osobowość Eugeniusza, malarza niedzielnego. Mój życiodawca miał ten wyraz na końcu języka, dlaczego jednak nie udało mu się epitetu artysta głośno wypowiedzieć? Żywił jakby pretensję do młodszego brata, że ten okazał się bardziej elokwentny. Tak jakby młodszemu nie wypadało zaćmiewać starszego.
Trzeci gość, żona Mietka, miała jakieś tam imię, ale nazywano ją po prostu Miecią. Miecia, żona Miecia. Miecio z żoną Miecią.
A ów, słuchając artystycznej gadki Eugeniusza, szepnął mi: „Słyszysz, jak rozprawia? Jaki on mądry, co? Ale już ja go zrobię na szaro.” Stanąwszy za plecami Eugeniusza Mietek jął potrząsać wydobytym z kieszeni flakonem i skrapiać łysinę współbiesiadnika wodą kolońską. „No co, no co!” – protestował Eugeniusz. Dopiero gdy mu zapachniało, rozchmurzył się.
Klimat naszego domu musiał Mieci przypaść do gustu, toteż nie była skłonna wstać i pożegnać się, choć czas mijał i zrobiło się późno.
Z Mietkiem inaczej. Po upływie czterech godzin czuł głód alkoholu, choć takowego nie brakowało na stole. Stryj miał jednak dość niemrawego picia i wolałby już pożegnać się i odejść, by gdzieś na uboczu, z dala od ludzkich spojrzeń, pociągnąć z własnej flaszki. Straciwszy cierpliwość warknął: „Ta moja tak się rozkraczyła!” Dla podkreślenia prostactwa nie znającej umiaru połowicy zniekształcił wyraz i zabrzmiało: rozkracyła.
A.K.



