Facebook

WYWIAD TYGODNIKA. Krzysztof Prusik: Wiek to tylko liczba, liczą się marzenia

2022-02-25 7:04:16

Po sukcesie, który Krzysztof Prusik odniósł w programie The Voice Senior udało się nam spotkać z nim na próbie nowodworskiego zespołu „Marzyciele”, którego jest opiekunem. W rozmowie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób nasz bohater walczył o swoje marzenia


MM: Panie Krzysztofie na wstępie serdecznie gratuluję zwycięstwa w programie The Voice Senior. Muzyka pomaga Panu w życiu? I skąd się wzięła u Pana fascynacja do muzyki, śpiewu?
Krzysztof Prusik: Nie określił bym tego fascynacją. Ja raczej spokojnie podchodzę do wszystkiego i traktuję to jako dar dany mi z niebios. Tata z mamą pięknie śpiewali. Oczywiście wielkie ukłony dla mojej mamy, która zaobserwowała moje zdolności i posłała mnie do szkoły muzycznej. Dwa lata na początku kształciłem się w klasie skrzypiec. Jednak to nie był chyba ten moment a mnie bardziej rozpierała energia. Nie byłam w stanie skupić się na mozolnym ćwiczeniu a wolałem chodzić po drzewach i grać w piłkę. Byłam dzieckiem z owsikami i mama jednak stwierdziła, że nie będzie stawała mi na drodze do mojego „kretyńskiego życia” i szybko zrezygnowałem. Oczywiście nie oznacza to, że moje wokalne umiejętności nie przejawiały się przez cały okres szkolnego życia. Już jako poważny człowiek, zdecydowałem, że wracam do muzyki i w ten sposób udało mi skończyłem Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera przy ul. Miodowej w Warszawie.

MM: To kiedy przyszedł ten moment, że jednak zwrócił się Pan ku muzyce tak na poważnie?
KP: Może to zabrzmieć wręcz niewiarygodnie ale moją przyszłość wywróżyła mi cyganka. Pod koniec szkoły średniej byłem z grupą znajomych w Płocku. W czasie przechadzki po promenadzie zaczepiła nas cyganka. Sceptycznie podchodziłem do takich wróżb, jednak po tym co powiedziała mojej znajomej, a to związało się z jej przeszłością, postanowiłem spróbować.

MM: Powiedziała, żeby wrócił Pan do muzyki?
KP: Przede wszystkim powiedziała mi, że kształcę się nie w tym kierunku co mi życie wyznaczyło. Byłem w technikum elektronicznym. Nawet potem przez jakiś czas pracowałem w tym zawodzie. Jednak muzyka kroczyła przy mnie cały czas. Występy w szkole, podczas wakacji ognisko, gitara i śpiew, to nie odpuszczało. Znaczącym elementem w moim życiu było również to gdy zostałem ministrantem w kościele pw. Matki Bożej przy ul. Wysockiego w Warszawie. Nasz proboszcz inspirowany nowościami muzycznymi wpadł na pomysł by wprowadzić elementy muzyki beatowej podczas celebracji mszy dla młodzieży. W tym czasie znana choćby ze współpracy z Agnieszką Osiecką – Katarzyna Gertner napisała mszę beatową pt. „Pan moim przyjacielem jest”, którą wykonywał znany w latach 70-tych zespół Czerwono-Czarni. Na początku posłużyliśmy się właśnie tymi wzorcami a potem wprowadzaliśmy swoje elementy. To trwało u mnie prawie 6 lat. Właśnie podczas występów w kościele nabrałem pewności siebie, wiary w moje umiejętności i wątpliwości odeszły. Wiedziałem już, że moje życie będzie wypełnione muzyką. Cyganka miała rację. Wróciłem do swojego powołania. Powiedziała też, że wyjadę za wielka wodę, co mnie bardzo intrygowało.

MM: A jak to się stało, że współpracował Pan z Operetką Warszawską?
KP: W sumie to banalnie. Któregoś dnia zadzwonił do mnie kolega, z którym śpiewałem wcześniej i powiedział, że jest nabór. Nie sądziłem, że mógłbym się nadawać, ale do odważnych świat należy. Poszedłem jak stałem bez nut, bez przygotowania. Chciałem zaśpiewać „ Białym latawcem” zespołu Wawele co było hitem w tamtym czasie. Pani, która miała mi akompaniować na pianinie była zniesmaczona. Sam usiadłem do fortepianu i zaśpiewałem. Przerwano mi dość szybko ale na tym przesłuchanie się nie zakończyło. Dostałem drugą szansę i w ten sposób związałem się z operetką na prawie półtora roku. Jeszcze później miałem prawie roczną współpracę w Teatrze Wielkim w charakterze artysty chóru.

MM: A była ta wielka woda wywróżona przez cygankę?
KP: Oczywiście. Wiązałem to początkowo z Ameryką. Jednak los zaskakuje. To był kierunek na wschód. Kraje arabskie i Azja. Mój pierwszy kontrakt muzyczny przypadł na czas wojny w Zatoce Perskiej. Zostały zawieszone połączenia lotnicze, i stąd musieliśmy zostać dłużej niż to wcześniej zaplanowano. Wtedy zapoznałem się ze światem arabskim, który fascynuje mnie do dziś. Potem była Azja i Japonia. Za granicą spędziłem naprawdę dużo lat i teraz traktuję to jako jedną z największych przygód mojego życia.

MM: Nie było żadnych minusów?
KP: Jasne, że były. Ja lubię, spokój, ciszę, wtedy się regeneruje albo skupiam nad moim występem. A koledzy w pokoju byli cudowni ale ciągle coś się działo. Zero możliwości wyciszenia się. Musiałem to pokonać i wiele innych spraw też.

MM: I to sprowokowało, że wrócił Pan na łono Ojczyzny?
KP: Oj, nie. Z kolegami zawsze się jakoś przyszło dogadać. Mnie do powrotu z wojaży po wielu latach sprowokowała miłość. Zakochałem się. Byłem przed sześćdziesiątką ale wiek to tylko liczba. Tak przy pomocy moich znajomych poznałem Iwonkę. To był rok 2015 i od tamtej pory jesteśmy razem już 6 lat.

MM: I to Iwona namawiała do występu w Voice Senior?
KP: W pierwszej edycji występował jeden z moich znajomych. Sam sobie wtedy pomyślałem, że fajnie by było, ale moja bojaźń przed udziałem była duża. Jednak przy wsparciu rodziny i przyjaciół zdecydowałem się. Moim wielkim marzeniem od lat był występ w telewizji. Z kolej w drugiej edycji występował mój kolejny znajomy Andrzej Pawłowski, który zaprosił mnie na widownię i wtedy na żywo mogłem dotknąć i poczuć atmosferę, która panuje na nagraniach. Byli też tacy znajomi, którzy mówili mi, co Ty Krzysiek zwariowałeś? Nie znasz swojej wartości?

MM: To proszę zdradzić kilka szczegółów jak program wygląda od kuchni?
KP: Jest to format przygotowany znakomicie. Wszystkie szczegóły i detale są przygotowane w jak najbardziej profesjonalny sposób. My jako uczestnicy byliśmy noszeni tam niemal na rękach. Zespół muzyczny, który akompaniuje, całe nagłośnienie daje takiego pozytywnego kopa. Na początku wysłałem dwie próbki wybranych przez siebie piosenek. Do tego musiałem przygotować listę ok. 20 piosenek polskich i kilka zagranicznych, które chciałbym wykonywać w programie. Miałem z tym jakieś trudności techniczne i już chciałem rezygnować przekonany, że ta złośliwość rzeczy martwych pokazuje, że nie powinienem. Ale upór mojej rodziny i przyjaciół, którzy powtarzali, że mam się zgłosić bo ja wygram ten program dał mi siłę. Potem dostałem telefon, że się zakwalifikowałem. Już będąc w programie miałem poczucie, że jednak coś wokół mojej osoby będzie się działo. Ja z natury jestem taki smętek muzyczny i przygotowany dla mnie repertuar trafiał w punkt. „Dopóki jesteś” czy „Lady in Red” to były całkowicie moje klimaty. Organizatorzy mają swój scenariusz, dlatego z pokorą podszedłem do wszystkiego i kroczyłem wyznaczoną dla mnie drogą.

MM: Jakie odczucia towarzyszyły Panu jak został ogłoszony werdykt?
KP: Do dzisiaj w to nie wierzę. Nie ukrywałem swojego szczęścia co widać było na ekranie. Wydarzyło się coś pięknego ale ja żyję dalej swoim życiem i muszę kontynuować to co sobie wyznaczyłem. Bardzo byłem poruszony tym, że mój mentor Witold Paszt nie mógł być obecny podczas finału. Jak się okazało jego choroba była na tyle poważna, że już Go nie ma wśród nas. Liczyliśmy na to, że kiedyś razem zaśpiewamy. Nie będzie to już niestety możliwe nad czym bardzo ubolewam i składam wyrazy współczucia całej rodzinie Witka.

MM: A czy padły jakieś propozycje ze strony telewizji? Czy zwiąże się pan jakąś dłuższą współpracą?
KP: Pierwsza propozycja to wzięcie udziału w koncercie z okazji Dnia Kobiet. Ja jestem otwarty, mam oczywiście swoje obowiązki, ale rozważę każdą nową możliwość.

MM: Proszę jeszcze nam powiedzieć, jak trafił pan do zespołu „Marzyciele”?
KP: Sprowadził mnie do Nowego Dworu pan Marek Tomczyk, poprzedni opiekun chóru „Marzyciele”. To było w 2019 roku w październiku. On już chciał odpocząć ale chciał też by jego dzieło było kontynuowane. Dotarł do mnie przez jednego ze znajomych. Tu spotkała mnie bardzo ciepła atmosfera zarówno ze strony uczestniczek jak i pracowników NOK-u. Chór jest praktycznie żeński, jest tylko jeden pan. W tej chwili aktywnie uczestniczy w zajęciach około 20 osób.

W swojej pracy z zespołem staram się wydobyć z tych ludzi to co mają dane, czyli ich muzykalność i słuch. Nieraz słyszę od Pań, że nie dadzą sobie z czymś rady. Zawsze w takich momentach mówię, że nikt tego im nie gwarantuje, że nie dadzą rady a spróbować warto. I jak do tej pory nie zdarzyło się byśmy nie pokonali swoich słabości. Panie naprawdę nabrały wiary w siebie, dużo się zmieniło.

Podczas próby panie śpiewały „Seruszko puka…”

Moje dziewczyny trochę przestraszyły się, że w sytuacji, która mnie spotkała będę chciał odejść. Jednak zapewniam, że nie mam takiego zamiaru. Może trochę będziemy musieli przeorganizować nasze spotkania ale będziemy je kontynuować. Jesteśmy w trakcie przygotowania do programu, który teraz ćwiczymy. Będzie to koncert piosenek popularnych, które znamy i lubimy. Mam nadzieje, że wystąpimy z koncertem tuż przed wakacjami.

Pan Krzysztof w otoczeniu pań z zespołu „Marzyciele”

MM: Czego zatem można Panu życzyć w obecnej chwili?
KP: Dalszego spełniania się w dziedzinie artystycznej. Więcej występów, koncertów i rozwoju tej ścieżki, którą sobie obrałem i którą kroczę od lat.

MM: Nasi mieszkańcy będą mieli okazję zobaczyć Pana na żywo już niebawem w Nowym Dworze?
KP: Tak, już 1 marca w klubie Relax będę miał okazję wystąpić na małym koncercie ostatkowym. Zapraszam serdecznie.

MM: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę, by marzenia zawsze się spełniały.

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

TOiOWO NAUKOWO

Roboty i emocje

  Adepci Robotycznej Szkoły Aktorskiej świetnie czują się w każdym reper…

Wrzesień w Koperniku

Cywilizacja algorytmów na Festiwalu Przemiany. Plenerowy koncert muzyki elektron…

MACHINA SAPIENS - wystawa festiwalu Prze…

Sztuczna inteligencja w coraz większym stopniu wkracza w nasze życie. Powoli – l…