Jestem winien podziękowanie świętym patronom z miesiąca lipca: Kamilowi i św. Szarbelowi. Moje zdrowie po latach pracy w Papui-Nowej Gwinei było po ośmiu latach tak mocno nadszarpnięte, że byłem pewien: „nie ma powrotu na misje”.

Dzięki Bożej Opatrzności i dobrym ludziom wytrwałem w Papui kolejne dwa lata i nadal trwam, choć już w innym kraju, bliżej Polski.

Uznałem, że czas opisać moje zdrowotne perypetie i to, jak z tych trudności mnie Bóg ocalił, posługując się dobrymi ludźmi.

Opiszę tu perypetie związane z przepukliną i ze „stygmatem oczu”.

Moje lewe oko dokuczało mi od dziecka. Na wielu fotografiach widać, jak je przymykam, jakby mnie raziło słońce. Na niektórych fotografiach widać, że ono lekko zezuje.

Nigdy jednak się nie skarżyłem. Byłem przekonany, że to skutek miłości do książek. Sądziłem, że oko jest nadwyrężone, co też mogło być prawdą.

W roku 2014 dostrzegłem, że sporadycznie „mam w oczach paprochy”.

Znajomi mnie uspokoili, że po pięćdziesiątce wzrok siada i że to jest normalne.

W roku 2014 trafiłem na misje do Papui, gdzie „nie musiałem się kąpać w prysznicu”. Po pierwsze w tych dżunglach, do jakich trafiłem, cywilizacja doszła jedynie do niektórych szkół, ośrodków zdrowia i parafii. W mojej rozległej parafii owszem, w jednej wiosce był prysznic, ale ja tam rzadko nocowałem. Byłem ciągle w ruchu. Ponieważ w okolicach nadmorskich podczas wędrówki z jednej wioski do następnej natrafiałem na jedno lub kilka ujść licznych rzek bez mostów, chcąc nie chcąc zażywałem kąpieli i nawet miałem zawsze szampon przy sobie.

Był to gryzący chiński szampon, który miał dwa zadania: myć włosy i zabijać wszy.

Niestety plaga wszawicy to obok cukrzycy i malarii najczęstsze schorzenie w Papui. Tylko cukrzyca mnie ominęła.

Los chciał, że kilka wiosek miałem w górach. Tam strumyki były mniejsze i dostęp do nich utrudniony. Gdy pewnego dnia chciałem się „wykąpać”, parafianie przynieśli mi dwulitrową butelkę wody.

Z nieostrożności duża doza żrącego szamponu wpadła do mego lewego oka. Woda w butelce się kończyła.

Poprosiłem o drugą butelkę, ale parafianie nie mieli nic w zapasie. Gdy pobiegli do zdroju oddalonego o kilometr, moje oko było już w stanie ciężkim.

Ból trwał kilka tygodni i żadne mycie nie pomagało.

Owszem, dostałem w pobliskim ośrodku zdrowia jakiś żel, ale nadal widziałem ludzi oraz sylwetki drzew i budynków tak jak w krzywym zwierciadle albo w lustrze wody.

Nauczyłem się z tym żyć, wiedząc, że okulistów nie ma w okolicy.

Zajęty pracą z młodzieżą, zwłaszcza pielgrzymkami, zaciskałem zęby i nie skarżyłem się nikomu.

Chciałem dotrwać do końca sześcioletniego kontraktu.

W międzyczasie nabawiłem się przepukliny i wielu innych drobnych schorzeń.

Byłem przekonany, że wyjadę w 2020 i już nie wrócę. Wtedy to zajmę się swoim zdrowiem. Moje plany pokrzyżował Covid.

Żadne samoloty nie latały i dałem sobie spokój.

Zostałem na kolejne dwa lata ponad planowo.

Abp Wojda, metropolita białostocki na ten moment (obecnie gdański), jako specjalista od misji był bardzo wyrozumiały.

Dał mi ustną zgodę na dalszy pobyt.

Kontrakt mi przedłużono na czas nieokreślony, a władze Papui przedłużyły mi wizę na dwa lata, czyli do końca ważności paszportu.

Przepuklinę zreferował ks. Jan Jaworski. „Cudowny lekarz”, chirurg wysokiej klasy, który jest też misjonarzem i na czterdzieści lat zaszył się w wysokich górach.

Oczami natomiast w lipcu 2022 zajął się „Znachor z Panewnik”.

Polecił mi go biskup z Ełku Jerzy Mazur, którego zawsze odwiedzam, gdy bywam w Polsce.

Biskup bardzo się ucieszył na mój widok. To on właśnie „załatwił mi wyjazd do Papui” w roku 2013, bo był wtedy „szefem od misji” z ramienia episkopatu.

Gdy zapytał o zdrowie, opowiedziałem mu, że mam „stygmat na oku”.

Biskup się żachnął i błyskawicznie zadzwonił do Panewnik…

„Proszę mi tego misjonarza pilnie przysłać do Katowic”.

Taki był werdykt „znachora”.

Ten pseudonim pasuje jak ulał i są na to liczne dowody.

Doktor Edward Wylęgała leczył mnie latem 2022. W jego szpitalu w Panewnikach miałem zrobione dwie operacje.

Mój przypadek podniesienia siatkówki, która opadła w 2018 roku i nie miałem możliwości na konsultacje i leczenie w Papui, on też zakwalifikował jako cud, bo przez cztery lata siatkówka niemal obumarła. Takie schorzenie skutecznie się leczy w ciągu tygodnia po opadnięciu. Ja zaniedbałem, bo nie miałem jak wrócić do Polski…

Technicznie to było niemożliwe z wielu względów. Nie chciałem zostawić swoich parafian. Wiedziałem, że jak wyjadę, to już mogę nie wrócić.

Pierwsza operacja, usunięcia zaćmy, miała miejsce 14 lipca 2022, w dzień św. Kamila, patrona beznadziejnie chorych.

Wszystko przebiegało bardzo pomyślnie, jak na mój gust.

Euforia była tak wielka, że prosto z sali operacyjnej pojechaliśmy z bratem do księży kamilianów. To było jakieś 50 km od Panewnik. Na mszę nie trafiliśmy, ale spotkałem czarnoskórego kleryka, który na moją prośbę podarował mi dużą niepoświęconą hostię.

Mszę dziękczynną na tej hostii odprawiłem prywatnie w obecności przyjaciół w Opolu, gdzie się zatrzymałem na nocleg…

Druga, najtrudniejsza operacja na siatkówce miała miejsce dwa tygodnie później, 28 lipca, w dzień św. Szarbela Makhlufa.

Nie wskazywałem tych dat. Po prostu takie dni pasowały szefowi kliniki i ja na nie dałem zgodę. Potem dopiero sprawdziłem w kalendarzu, że nie są to zwykłe daty, lecz dni, gdy chorzy w szczególny sposób modlą się o swoje zdrowie.

10 sierpnia byłem na konsultacji.

Na tablicy z literkami odczytałem tylko największą.

Troszkę byłem rozczarowany. Oczekiwałem, że być może odczytam wszystkie literki na tablicy. Tego jednak w moim wieku nawet prawe, zdrowe oko nie potrafi.

Doktor Edward mnie pocieszył: owszem, oko jest słabe, ale gdy będzie ksiądz prowadził samochód, to i tak to oko będzie pomagać. Wedle nauki to oko powinno być dysfunkcyjne, a jednak duże litery ksiądz nim widzi.

To cud.

Dodam, że w kaplicy jest duża relikwia Szarbela Makhlufa, do którego zawsze miałem zaufanie i podziw, a po powrocie do Papui w 2023, dzięki pomocy paulina o. Marcina Wirkowskiego i w jego obecności, zainstalowałem jako wotum za uzdrowienie relikwie tego świętego w malutkiej kaplicy niewielkiego katolickiego szpitala w mojej parafii dojazdowej pod wezwaniem św. Dominika w miejscowości Wawoka, na wysokości 2200 m, w dystrykcie Menyamya, diecezja Lae, prowincja Morobe.

Owszem, mój stan zdrowia nie wróżył długiego pobytu. Wytrwałem w Papui do stycznia 2025.

Oko czasami swędzi, ale nadal widzi.

Uznałem, że czas podziękować św. Szarbelowi i jego czcicielowi, doktorowi Wylęgale, że wspólnie uratowali moje nadszarpnięte zdrowie…

ks. Jarosław Wiśniewski
FD Angren, Uzbekistan

Post scriptum

Niniejszym pozdrawiam również ks. Jana Jaworskiego i licznych kolegów misjonarzy. Oni wiedzą najlepiej, co nas spotyka na misjach i jak nam wszystkim przykro, gdy wracając na urlop, spotykamy się z różnymi paszkwilami na temat naszych braci kapłanów.

Stygmat na oku to nie tylko moja choroba.

Zapadły na nią rzesze rodaków, którzy nie chcą dostrzec, że obok księży bez powołania lwia część opluwanego zewsząd kleru stara się, jak może, by zanieść Chrystusa do wszystkich środowisk i aż na koniec świata.

Jakim trzeba być ślepcem, by tego nie dostrzec, i jakim przewrotnym artystą, by robić filmy o „złym klerze” i nie zrobić żadnego filmu o misjonarzach.

Materiału mamy na takie filmy w nadmiarze.

Proszę odszukać polskiego chirurga w Papui na dobry początek. Jeśli trzeba, dam namiary!

Poprzedni artykułSezon otworzyli rakietką, nie deklaracją
Następny artykułTymczasowy areszt dla 23-latka po wypadku w Zakroczymiu