Facebook

ZAKROCZYM. Krwawy piątek

2017-01-09 2:34:43

Siedemdziesiąt siedem lat. Dwa, trzy pokolenia. Dla młodszych bardzo odległa historia, dla starszych to może być fragment ich życia. Szczęśliwie, gdy jest to fragment radosny, do którego z nostalgią i uśmiechem się powraca. Gorzej, gdy jego wspomnienie budzi grozę i rozdrapuje stare rany. 77 lat temu, 12 stycznia 1940 roku, nadszedł jeden z najczarniejszych dni w dziejach Zakroczymia.
Mróz tej zimy był siarczysty. Temperatury spadły do minus 30 stopni. Okupacja dopiero na dobre się zaczynała, więc każdy bał się o przyszłość, nie wiedząc, co go może spotkać następnej godziny. Nic więc dziwnego, że słysząc rankiem bieganinę i krzyki na ulicach, zaczęto się pośpiesznie ubierać. Nie każdy zdążył. Jak pisze w „Zapiskach zakroczymskich” Kazimierz Szczerbatko, do mieszkań wbiegali miejscowi volksdeutsche w asyście gestapo i wyciągali na ulicę wszystkich mężczyzn. W towarzystwie ciosów, obelg i szczęku broni prowadzono ich na miejski rynek. Staruszkowie i kilkunastoletni chłopcy, ledwie odziani i ci, którzy nie zdążyli nic przywdziać na bieliznę – wszyscy pędzeni byli na punkt zborny nie znając swej przyszłości ani przyczyny tego losu.

Posiniaczeni, spływający krwią, narażeni na drwiny swoich sąsiadów – oprawców. Kazimierz Szczerbatko wymienia nazwiska kilku z nich: Leon Mohlzahn, Edmund i Roman Brossowie, Aleksander Markowski, Artur Szwanke a także wieloletni kasjer miasta Zakroczymia Alfred Naglan. Wśród katów pojawia się też nazwisko Polaka, krawca z Poznania – Smiejkowskiego. Do znęcania się nad ofiarami dołączyli się także miejscowi Niemcy i potomkowie kolonistów z Modlina.
Podczas gdy masowo grabiono dobytek ofiar, na rynku przez około cztery godziny trwała tak zwana segregacja i „przegląd”. Trudno jednoznacznie określić jej cel i jakiekolwiek zasady. Przypuszczać można, iż ci, którzy byli w stanie przejść „ścieżkę zdrowia” z biciem kijami, kopniakami czy ciosami zadawanymi kolbami karabinów mieli szansę wrócić do domu. Słabsi byli bici do utraty przytomności i przeznaczeni do transportu.

Dokąd? Tego nie wiemy do dziś. Los kilkudziesięciu mężczyzn, jakich tamtego przedpołudnia wywieziono z miasta pozostał nieznany. Wśród nich byli: Franciszek Sosnowski, Józef Zakrzewski, Stanisław Miazek, Józef Starczewski, Roman Lesak, Czesław Kopański, Eugeniusz Bast, Władysław Bilski, Kazimierz Wiśniewski, Wiktor Młodkowski, Wacław Piliński, Stefan Pawlak, Józef Kopański, Jan Jeziorski, Tadeusz Chojnacki, Tadeusz Hanzlik i Rybicki.
Według relacji świadków, dwaj ostatni, czyli burmistrz Tadeusz Hanzlik i Nadzorca Dróg Wodnych Rybicki, stali się ofiarami najsroższej agresji ze strony oprawców. Ich ciał również nigdy nie odnaleziono. To uczynili sąsiadom ich sąsiedzi o których nigdy nic nie napisze niejaki Jan Tomasz Gross.
Piotr Korycki

Comments

comments

1 komentarz

  1. kl odpowiedz

    Mały dopisek
    Po zwolnieniu niektórych mieszkańców , około 100 osób ustawiono w czwórki pod magistratem ,gdzie brano ich pojedynczą na badania .Badanie polegało na kładzeniu się na stole i bicie pałkami .Obchodzono się z nimi w okropny sposób na co oburzył się burmistrz Hanzlik tymi słowami .Protestuję przeciwko takiemu obchodzeniu się, jestem kapitanem wojsk polskich, na te słowa rozciągnięto go na stole i bito. Na koniec kazano całować pałki .Około 45 osób straciło życie w pobliskich lasach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *