WYWIAD TYGODNIKA. (Nie)przeciętnie o Kowalskim

2022-11-21 7:42:32

Karierę samorządowca rozpoczął dokładnie ćwierć wieku temu. W tym roku w metryce stuknęło mu pół wieku, został teściem, dziadkiem, ale jak sam mówi, nie ma zamiaru zwalniać. Rozmawiamy o tym, co się zmieniło przez ostatnie 25 lat u Jacka Kowalskiego – Burmistrza Nowego Dworu Mazowieckiego. I tym razem nie pytamy o nowe inwestycje w mieście, a raczej o to… co dziś zamierza zrobić na obiad

Małgorzata Mianowicz: Z racji, że mija już 22 rok od kiedy piastuje Pan urząd burmistrza, muszę zapytać, czy pamięta Pan jak to się zaczęło?
Jacek Kowalski: Byłem dzieckiem, które zawsze wszystkim się interesowało. Moja ciekawość świata, ludzi popychała mnie do różnych zajęć i zainteresowań. Zawsze lubiłem wiedzieć. Podręczniki, które dostawaliśmy w szkole tuż przed wakacjami, miałem zawsze przewertowane od deski do deski, wiedziałem czego będziemy się uczyć jak zacznie się rok szkolny.
Myślę, że chyba dlatego finalnie wybrałem jako kierunek studiów geografię, żeby poznawać, odkrywać. Oczywiście w tamtych czasach transformacji geografia, której nas uczono, miała niewiele wspólnego z rzeczywistością. Na mapie świata przybywało nowych, autonomicznych państw, rozpadały się mocarstwa i to było dla mnie szalenie pociągające, by poznawać jak jest naprawdę.
Po skończeniu szkoły średniej, u nas na Górskiej, przez jakiś czas studiowałem transport na Politechnice. Po roku postanowiłem jednak zmienić uczelnię, a geografia na UW dała mi dużo więcej możliwości, rozbudzała i po części zaspokajała moją ciekawość świata.
Moją przygodę z działalnością społeczną rozpocząłem jeszcze w szkole średniej. A mniej więcej pod koniec studiów, trochę za namową rodziców, trochę znajomych (którzy pracują ze mną w samorządzie do tej pory), wystartowałem w wyborach uzupełniających do Rady Miejskiej. Choć w moim okręgu było kilku bardziej doświadczonych kontrkandydatów, to mnie udało się zdobyć mandat. Ludzie zaufali młodemu człowiekowi, ale moja głowa była pełna pomysłów i najwyraźniej potrafiłem tym zarazić innych.
W wieku 25 lat zostałem najmłodszym radnym, potem przewodniczącym Rady, a w roku 2000 głosami Rady zostałem burmistrzem. Dopiero za dwa lata, w 2002 wystartowałem w pierwszych wyborach bezpośrednich i dostałem od mieszkańców mandat zaufania. Zostałem burmistrzem z wyboru.

MM: To już Pana piąta kadencja. Proszę powiedzieć, czy praca zawodowa bardzo determinuje prywatne życie? Widuję Pana niemalże na wszystkich wydarzeniach, które dzieją się w mieście, niezależnie od tego czy jest to dzień pracy czy weekend. Żona nie ma pretensji, że jest Pan gościem w domu?
JK: Zdecydowanie determinuje. Nie jestem burmistrzem, który o godzinie 16-tej zamyka swój gabinet i idzie do domu. W naszym mieście sporo się dzieje i staram się uczestniczyć w większości wydarzeń. Aby móc uzyskać pomoc dla naszych mieszkańców nie da się tylko siedzieć w gabinecie, więc często muszę odwiedzać różne instytucje administracyjne, głównie w Warszawie.
Żona przez tyle lat już się przyzwyczaiła, choć nie mówię, że pogodziła. Tylko czasem, w sobotę rano z nieco kwaśną miną zapyta – Jacek, to co dziś masz? Oczywiście żałuję, że przez mój wybór zawodu nieco mniej czasu mogłem poświęcić swoim dzieciom i większość domowych obowiązków spadło na barki mojej żony. Dlatego staram się jak mogę poświęcić rodzinie i domowi jak najwięcej wolnego czasu.
Właściwie można powiedzieć, że jesteśmy z żoną domatorami. Wolimy spotkania w małym gronie, wśród rodziny i najbliższych przyjaciół. Latem jakiś grill, zimą lubimy posiedzieć przy kominku. Oczywiście zdarzają się nam wyjścia czy wakacyjne wyjazdy, ale lubimy spędzać czas w naszym domu w Modlinie.

MM: A jak się Państwo tymi domowymi obowiązkami dzielicie?
JK: Nasze dzieci są już dorosłe. Córka Ola wyszła za mąż, mieszka oddzielnie. Kilka tygodni temu urodziła Marysię. Syn też jest już dorosły i w wielu przydomowych pracach pomaga lub wręcz mnie wyręcza. Na przykład koszenie trawnika to jego domena, w którą rzadko się wtrącam.
Ja staram się pomagać na przykład w kuchni czy przy większych porządkach. Najwięcej czasu mam w niedzielę, dlatego niedzielne obiady czasem wychodzą spod mojej ręki. Nie jestem mistrzem kuchni, ale moje schabowe wszystkim smakują. Antrykot z kurczaka i indyk to też moje flagowe dania. Jak mam więcej czasu to ugotuję rosół. Poza tym czasem zdarza mi się coś upiec. Jednak tutaj moja żona jest bezkonkurencyjna i tak naprawdę to, co czasem upiekę i tak jest robione pod czujnym okiem Moniki.

MM: To jak się czuję świeżo upieczony dziadek?
JK: Choć nasze dzieci były takie maleńkie, jak teraz Marysia, ponad 20 lat temu, to pewnych spraw się nie zapomina. Nie boję się wziąć wnuczki na ręce, utulić, pokołysać. Nie staram się na siłę dopatrywać podobieństwa, ale mam nadzieje, że w genach coś po dziadkach odziedziczy. Póki co, jak się widzimy to wodzi za mną oczkami i odwraca głowę w moim kierunku. Ja mam niski głos i mam wrażenie, że ona go lepiej słyszy. Jestem bardzo dumny z tego, że doczekałem się kolejnego etapu w moim życiu. Niestety z racji moich obowiązków zawodowych nie mogę poświęcić jej tyle czasu ile bym chciał, ale myślę, że odrobimy to sobie w okresie świątecznym.

MM: Czas płynie i nie sposób go zatrzymać. Ja mam jednak wrażenie, patrząc na Pana zdjęcia sprzed kilku lat, że dla Pana jest on łaskawy. Proszę zdradzić jak to się robi?
JK (śmiech): Na przestrzeni ostatnich kilku lat udało mi się zrzucić zbędny balast. Było tego jakieś 10-12 kg. Myślę, że przede wszystkim zrzucenie nadwagi pozwoliło mi się lepiej czuć, łatwiej mi uprawić sport, który uwielbiam od dziecka. Oczywiście najukochańsza dyscyplina to piłka nożna. Staram się regularnie, dwa razy w tygodniu chodzić na treningi, gramy z kolegami na Orliku lub w hali. Trochę zmieniłem nawyki żywieniowe i waga nie wróciła.

MM: Dużo wyrzeczeń Pana kosztowało, by pozbyć się tego kilogramowego balastu?
JK: No cóż… To właściwie stało się w ciągu kilkunastu dni. Uczestniczyłem w 2018 roku w pielgrzymce. W czasie drogi panował duży upał. Po powrocie do domu okazało się, że ważę 9 kg mniej. Wiadomo, że organizm po części się odwodnił, ale nie chciałem tego stracić i postanowiłem kontynuować. Jak to się mówi, najtrudniejszy pierwszy krok. U mnie tych kroków było kilkaset tysięcy podczas dziewięciu dni, jednak warto było. Pod każdym względem.

MM: To może zgodzi się Pan teraz na małą sesję zdjęciową (wyciągam aparat)?
JK: Oj nie, proszę nie dziś. Mamy 13-letniego sznaucera. Psina jest właśnie po operacji. Trzeba było mu usunąć wszystkie zęby. Teraz wstaję do niego w nocy. Trzeba go karmić z butelki, poić łyżeczką, dosłownie jak przy małym dziecku. Sama Pani widzi moje podkrążone oczy. Myślę, że ten widok mógłby odstraszyć ludzi do posiadania zwierząt, a tego bym nie chciał.

MM: W takim wypadku,  mam pełne zrozumienie. Nasi mali czworonożni przyjaciele to członkowie rodzin, jest Pan całkowicie “usprawiedliwiony”. Na koniec chciałam jeszcze zapytać o Pana nowodworskie korzenie. Wielu rodowitych mieszkańców doskonale wie, skąd się Pan wywodzi. Jednak do miasta sprowadza się coraz więcej nowych osób. Proszę opowiedzieć o swojej przeszłości, jak daleko w nowodworską ziemię sięgają korzenie Pańskiej rodziny? Udało się Panu kiedykolwiek ustalić skąd pochodzą przodkowie?
JK: Drzewem genealogicznym zajmujemy się najczęściej albo będąc dzieckiem albo już na emeryturze. Jak jesteśmy aktywni zawodowo, zawsze brak na to czasu. Natomiast wiem, że dziadek od strony mojej mamy kiedyś mieszkał na Nowodworzance. Babcia urodziła się w Pułtusku, ale jak miała 10 lat, to tu się przeniosła. Potem mieszkała w Twierdzy w “carakach”. Moi rodzice swoje ostatnie lata spędzili w Modlinie. Duża część rodziny od strony mojego taty pochodzi z Cieksyna i okolic. Rodzina żony też jest miejscowa i wywodzi się z Modlina oraz okolic.
Niemniej, przez moją ciekawość, udało mi się dotrzeć w 2001 r. do bardzo interesujących dokumentów świadczących o jeszcze dawniejszych powiązaniach mojej rodziny z miastem. Kiedy tworzyło się główne archiwum w Grodzisku, przenosiliśmy z naszego archiwum ponad stu letnie dokumenty, pisane jeszcze cyrylicą. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że wtedy przez zupełny przypadek natrafiłem na teczkę Władysława Nawaduńskiego, który był długoletnim dyrektorem naszego szpitala. W teczce prócz odręcznie pisanych pism czy podań, znajdował się dyplom ukończenia uczelni medycznej przez doktora. Dokument trafi do szpitala i wiem, że oprawiony w ramkę wisi na poczesnym miejscu. Ale, wracając do moich przodków, również wtedy natrafiłem na akt zgonu mojej prapraprababci, od strony mojej mamy, czyli o nazwisku Banach.  Urodziła się w 1799 roku w Radomsku, a zmarła w 1901 – tutaj. Czyli miała okazję żyć w trzech wiekach. Nie raz powtarzam to mojej córce, która urodziła się w 1999 r., że ma szansę dorównać swojej antenatce.

MM: Bardzo dziękuję za rozmowę i z racji niedawno obchodzonej pięćdziesiątki życzę samych pomyślności, dużo satysfakcji z bycia dziadkiem i jak najwięcej rodzinnego ciepła.

Rozmawiała: M. Mianowicz
zdjęcia pochodzą z arch. prywatnego J. Kowalskiego

 

Comments

comments

1 komentarz

  1. jak to jest odpowiedz

    Widać, że Tygodnik po zmianie naczelnego dalej konsekwentnie zaniża poziom. Czemu w ogóle miał służyć ten wywiad? Żadnych trudnych pytań o sytuację w mieście, a jest wiele tematów niewygodnych dla jaśnie panującego. Redakcji polecam zaznajomić się ze znaczeniem pojęcia “rimming”, bo ten wywiad się naprawdę chyba tylko do tego służył.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *






TOiOWO NAUKOWO

Roboty i emocje

  Adepci Robotycznej Szkoły Aktorskiej świetnie czują się w każdym reper…

Wrzesień w Koperniku

Cywilizacja algorytmów na Festiwalu Przemiany. Plenerowy koncert muzyki elektron…

MACHINA SAPIENS - wystawa festiwalu Prze…

Sztuczna inteligencja w coraz większym stopniu wkracza w nasze życie. Powoli – l…