Facebook

WYWIAD. Sport – pasja na całe życie. Rozmowa z Waldemarem Misiakiem

2021-03-23 1:10:10

W kolejnej odsłonie naszego cyklu „Ludzie z pasją”, prezentujemy postać, która całe swoje życie poświęca walce, a precyzyjnej… sztukom walki. Waldemar Misiak, opowie jaką drogę musiał przejść, by dziś stać się najlepszych trenerem sztuk walki w mieście. Do założonego przez naszego bohatera Centrum Sportowego Bastion garną się dzieci, młodzież, dorośli, a nawet seniorzy. W czym tkwi tajemnica sukcesu?

fot. Magdalena Bieńkowska

Małgorzata Mianowicz: Do sukcesu nie dochodzi się prostą drogą. Jaka była pańska? Jak to się przed laty zaczęło?

Waldemar Misiak: Sport był dla mnie ważny od najmłodszych lat. Mam starszego brata i kiedy on już mógł chodzić na treningi ogromnie mu tego zazdrościłem. Wyrosłem na filmach karate i wtedy zafascynowałem się sportami walki. Kiedy poszedłem do szkoły zaczęły się pierwsze treningi. Odbywałem je pod okiem Tomasza Szczepaniuka w Jabłonnie. Byłem dość zdyscyplinowanym i zdeterminowanym dzieckiem i z czasem moje życie zaczęło się układane pod treningi, pod zawody. Zaczynałem od trenowania taekwondo potem doszedł kickboxing. Wtedy zrozumiałem, że będę ze sportem związany na długo, na dobre i złe. Takie swoiste sportowe małżeństwo.

MM: Pamięta Pan swoje pierwsze zawody, które zakończyły się sukcesem? Zapewne to daje dużą motywację do dalszej pracy nad sobą?

WM: Muszę panią zaskoczyć, bo pierwszych, jako takich z sukcesem, nie pamiętam. Turnieje i zawody, w których brałem udział w sezonie startowym odbywały się co dwa tygodnie. Oczywiście były takie, które zapadły w pamięć i stanowiły swego rodzaju przełom. Otwierały furtkę do udziału w zawodach wyższej rangi. Mogę tu wspomnieć Mistrzostwa Polski w taekwondo jeszcze za juniora, z których wróciłem z medalem. W pamięć wyryły się też zawody międzynarodowe, w których uczestniczyłem.

MM: Które kraje udało się zatem podbić?

WM: Trochę tych wyjazdów było. Startowałem w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Holandii i we Włoszech. Chyba największe wrażenie wywarły na mnie zawody w Anglii. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak świetną organizacją, oprawą i atmosferą. Trybuny były pełne publiczności, a zwycięzcy otrzymywali nagrody pieniężne – co było dla nas zupełnym novum. Co ciekawe, zawody międzynarodowe organizowane były w taki sposób, że wyjeżdżając mogłem trafić w pierwszej walce np. na wielokrotnego mistrza świata. Walczyliśmy z utytułowanymi zawodnikami, o których wcześniej mogliśmy jedynie czytać w prasie.

MM: Z jakim klubem był Pan w tamtym okresie związany?

WM: Cały czas zawiązany byłem z macierzystym klubem Lotos Jabłonna i muszę przyznać, że poprzeczka była zawieszona dość wysoko. Lotos w pierwszej połowie lat dwutysięcznych był jednym z wiodących klubów sztuk walki w Polsce. Zresztą niezaprzeczalnym jest fakt, że polscy zawodnicy liczą się na arenie międzynarodowej i z powodzeniem odnoszą sukcesy do dziś. Żałuję tylko, że sztuki walki nie są w naszym kraju doceniane. Póki co, jako dyscypliny są bardzo niszowe i niedofinansowane. 

MM: Wspomniał Pan, że na początku było taekwondo. W późniejszych latach drugą sportową miłością został kickboxing. Jak bardzo różnią się od siebie te dwie dyscypliny?

WM: Kickboxing jest dyscypliną zdecydowanie bardziej kontaktową, otwartą i twardą. Znacznie więcej w nim walki do  tzw. upadłego. Sędziowie też na wiele więcej pozwalają zawodnikom. Oczywiście nie mówię tu o ignorowaniu umyślnych fauli, ale można bardziej przycisnąć rywala. Choć nie jest łatwo przejść w tej dyscyplinie przez eliminacje i dostać się do strefy medalowej. Tu z kolei pamiętam moje pierwsze zawody, na które wybrałem się samodzielnie. Zawziętość była ogromna i bardzo chciałem się sprawdzić na tle zawodników spoza własnego klubu. Udało mi się stoczyć kilka zwycięskich walk. Dopiero w fazie finałowej zatrzymał mnie zawodnik, który okazał się być utytułowanym sportowcem, o czym prawdę mówiąc wcześniej niewiele wiedziałem. Nie było mi wstyd z nim przegrać i porażki nie opłakiwałem, a wręcz dało mi to kopa do dalszej pracy nad sobą. Po pewnym czasie okazało się, że fizycznie jestem bardziej predysponowany do kickboxingu i ta druga miłość dostała dużo przestrzeni w moim sportowym sercu. 

MM: Myślę, że nie tylko warunki fizyczne mają w sztukach walki znaczenie. Jakie trzeba mieć cechy charakteru, by trenować sporty walki?

WM: By odnosić sukcesy, na każdym polu, najważniejsza jest psychika. Uważam, że każdy kto ma dwie nogi i dwie ręce może trenować sztuki walki. Oczywiście jedni będą musieli zapracować na to, co innym natura dała w darze. Jednak największe bariery mamy w głowach. Strach przed konfrontacją, przegraną to dla wielu osób hamulec przed podjęciem decyzji. W swojej trenerskiej karierze spotykałem wiele osób obdarzonych świetnymi warunkami. Byli szybcy, silni, zbudowani, ale brakowało ambicji, odwagi, zawziętości. Byli też tacy, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego ze sportem. Jednak z upływem czasu, kiedy regularnie przychodzili na zajęcia udało się wypracować determinacje i radość z każdego progresu. Tacy ludzie udowadniają, że ciężka praca pozwala pokonać dystans, który dzielił ich od zawodników utalentowanych ale mniej pracowitych. W mojej pracy trenerskiej to największa radość, kiedy mogę sobie powiedzieć, że rozbudziłem w kimś pasję i ten sport stanowi już kawałek czyjegoś życia.

MM: Zatem kiedy przychodzi ten moment, że osoba uczęszczająca w zajęciach decyduje się podjąć rywalizację w zawodach?

WM: W dzieciach, które przychodzą do nas na zajęcia i zaczynają od podstaw należy najpierw rozbudzić radość z treningów. Dlatego na początku uczymy nazewnictwa, podstawowych technik organizujemy pokazy, wspólne wyjazdy, by integrować uczestników ze sobą. Potem bacznie obserwujemy jak młodzi ludzie się rozwijają. Czy jest w nich na tyle silnej woli, by niektóre ćwiczenia powtarzać aż do pożądanego efektu. Zawsze mam problem jak rodzice mnie pytają czy z syna, córki coś będzie? Będzie, jeśli nie zatraci się po drodze determinacji, a muszę przyznać, że sztuki walki to sport, w którym częściej się przegrywa niż wygrywa, a przynajmniej na początku kariery sportowej. I naszą trenerską rolą jest uświadomić zawodnikom, że przegrana to nie koniec świata. Jeśli ktoś potrafi być pokorny i porażkę przekuje na paliwo do dalszej pracy wtedy dopiero mogę odpowiedzieć, że tak pani, pana dziecko ma predyspozycje na zawodnika. Ja mam taką zasadę, że pozwalam samym zawodnikom decydować o tym, czy chcą wziąć udział w zawodach. Jeśli osoba sama do mnie przyjdzie i powie: „trenerze, może byśmy postartowali”, wtedy uruchamiam całą procedurę.

MM: Pana kariera trenerska rozpoczęła się już w Lotosie Jabłonna. Potem przyszedł czas na założenie własnej grupy. Jak Pan wspomina początki w Nowym Dworze?

WM: Tak, pracę trenerską rozpocząłem w moim macierzystym klubie zastępując głównego trenera podczas jego nieobecności. Potem postanowiłem uruchomić własną grupę i zorganizować zajęcia w Nowym Dworze. Na początku wynajmowaliśmy miejsce na hali w NOSiRze. W pierwszych treningach uczestniczyło 3-5 chłopaków. Zabierałem ich własnym samochodem jadąc z Chotomowa, a po treningach rozwoziłem do domów. Jak każde początki było trudno. Jednak z roku na rok coraz więcej osób z Nowego Dworu zaczęło interesować się sportami walki i przychodziło na treningi.

MM: Czy udało się z tych pierwszych zawodników kogoś tak zarazić pasją, że żyje nią do dziś?

WM: O tak. Najlepszym przykładem jest Marcin Mikołajczyk, który obecnie jest trenerem w Bastionie. Jest ze mną od początku i choć teraz czynnie nie startuje to coraz częściej myśli o tym, by powrócić do rywalizacji. Z moich wychowanków, którzy przyszli na treningi jako kilkuletni chłopcy i pozostał też Konrad Jakubowski (z tytułem Mistrza Polski), który w tej chwili z powodzeniem prowadzi swoją grupę w Twierdzy Modlin. To dla mnie wielce satysfakcjonujące, że pasja zaszczepiona wiele lat temu pozostała w tych chłopakach i teraz mogę z nimi  pracować nad kolejnym pokoleniem sportowców. Jeszcze muszę dodać, że moment kiedy uczestnik treningów zdobędzie czarny pas jest dla mnie swoistą wisienką na torcie. Ukoronowaniem mojej pracy jako trenera, i ogromnym sukcesem zawodnika, gdzie nie raz pojawiały się „krew, pot i łzy”, ale udało się dojść do celu. Bardzo to przeżywam, bo emocje, które towarzyszą takiej chwili są ogromne. Chcę też powiedzieć, że nie tylko panowie w naszym klubie odnosili i odnoszą sukcesy. W zdobywaniu laurów prym wiodą również dziewczyny. Jedną z najbardziej utytułowanych zawodniczek (reprezentantka Kadry Narodowej, Mistrzyni Europy i kilkukrotna Mistrzyni Polski – przyp. red. ), która obecnie ma krótką przerwę w karierze była Kasia Kwiecień… a w tej chwili Kasia Misiak, moja żona. Współpraca układała się nam tak doskonale, że postanowiłem się z nią ożenić. Zresztą od zawsze nie wyobrażałem sobie partnerki, która nie byłaby związana ze sportem. Wspólna pasja pozwala nam na pełne zrozumienie i wspieranie się w życiu codziennym. Teraz razem prowadzimy Bastion, który stał się naszym drugim domem.

MM: Kiedy podjął Pan decyzję, że jest gotowy założyć własny klub i na zawodach reprezentować barwy Nowego Dworu?

WM: Do decyzji dojrzewaliśmy powoli, ale ona musiała nastąpić. Trenujący pod moim okiem zawodnicy z Nowego Dworu nie czuli się do końca związani z barwami Lotosa. Nasze sukcesy jakby ginęły na tle osiągnięć zawodników z Jabłonny i to skłoniło mnie do podjęcia decyzji o powołaniu klubu w Nowym Dworze. Na początku trenowaliśmy w wynajętych salach, ale w 2012 r. stworzyła się możliwość i jesteśmy od tego czasu w obiekcie na ul. Leśnej. Teraz wiem, że to była najlepsza decyzja. Zawodnicy mają własne miejsce, gdzie mogą przyjść nie tylko w dniu treningów, ale zawsze wtedy gdy mają potrzebę i ochotę poćwiczyć. Mamy w klubie tak zorganizowaną przestrzeń, że jest sala do sztuk walki, w której odbywają się regularne treningi, dwie sale do zajęć fitness i część z maszynami i urządzeniami do ćwiczeń kardio i siłowych. Jest więc wystarczająco dużo miejsca do szlifowania formy. Z czasem klub zaczął się rozrastać. Kiedy ogłosiliśmy nabór dla dzieci bardzo zaskoczyło mnie ogromne zainteresowanie uczestnictwem w treningach. Widać jest, że rodzice szukają dla swoich pociech zajęć pozaszkolnych, jakiejś alternatywy, gdzie dzieci będą miały możliwość poruszać się i poznać coś nowego. Zaczęliśmy tworzyć nowe sekcje. Obecnie jest 6 sekcji dziecięcych  z podziałem na grupy wiekowe. Taekwondo mogą trenować u nas już pięciolatki. Na kickboxing zapraszamy od 13. roku życia. Prowadzimy też zajęcia samoobrony oraz zajęcia fitness i crossfit dla dorosłych.

MM: A jak wpłynęła pandemia na waszą sportową działalność? Nie zawiesiliście zajęć?

WM: Zgodnie z obowiązującymi regulacjami będąc klubem sportowym nie musimy zawieszać naszej działalności. Oczywiście staramy się zachować jak największe środki ostrożności i reżim sanitarny. Klub miał już dwie dość szczegółowe kontrole pracowników Sanepidu, którzy nie odnotowali żadnych uchybień.

MM: „Na mieście” mówi się, że Bastion to wyjątkowe miejsce na mapie Nowego Dworu ze sportową, ale i przyjacielską atmosferą. Jak udało się zapracować na taką opinię?

WM: W klubie mamy taką ideę, że staramy się każdym nowym uczestnikiem zaopiekować.  Od początku naszym zamiarem było stworzyć miejsce, gdzie na pierwszym planie będzie sport i nacisk na to, by wydobywać z naszych podopiecznych jak najlepsze efekty. Niewiele pewnie by mi się udało, gdyby nie kadra, która u nas pracuje. To pasjonaci w swoich dziedzinach. Moim zdaniem to ludzie sprawiają, że miejsce ma swojego dobrego ducha. Jeśli inni do nas lgną to świadczy, że nasi ludzie są naprawdę dobrzy w tym co robią. Zapraszam na zajęcia, sama się pani przekona.

MM: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów, a Pana propozycję potraktuję jako wyzwanie, które warto postawić sobie wraz z nadchodzącą wiosną.

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *