Facebook

WYWIAD. Nie tylko w todze

2020-01-29 7:52:31

Rozmowa z JAROSŁAWEM KALINOWSKIM, adwokatem

Jerzy Buze: Nie znalazłeś się w setce zasłużonych legionowian, którym przyznano medale z okazji stulecia nadania nazwy miasta. Twojego nazwiska wśród wyróżnionych nie dostrzegłem. Kilkanaście dni później zostałeś uhonorowany nadanym przez Prezydenta RP, Krzyżem Wolności i Solidarności. Jakaś Twoja refleksja związana z tymi dwoma zbliżonymi w czasie wydarzeniami?

Jarosław Kalinowski: Cóż, najprostsza refleksja nasuwa się sama: po prostu nie zasłużyłem na to aby znaleźć się wśród stu najwyżej cenionych obywateli Legionowa. Byli lepsi, mądrzejsi, bardziej zasłużeni, bardziej zaangażowani w działaniach na rzecz tego naszego Miasta. Być może moja wypowiedź podszyta jest lekką nutką ironii i nie chodzi w niej o mnie. Wśród setki uhonorowanych zabrakło – moim zdaniem kilku, kilkunastu innych nie mniej zasłużonych osób.

JB: Wróćmy do wydarzenia z 13 grudnia 2019. Byłeś wśród pięciu legionowian, działaczy opozycji, odznaczonych Krzyżem Wolności i Solidarności za działalność antykomunistyczną. To prestiżowe w skali kraju wyróżnienie i spora – jak rozumiem – satysfakcja.

JK: Na początek małe sprostowanie. 13 grudnia 2019 r. medal otrzymały cztery osoby: Bożena Kamińska, Kazimierz Koślacz, Mieczysław Rudnicki i ja. Natomiast obecny na tej uroczystości prezydent Legionowa Andrzej Kicman, taki Krzyż otrzymał wcześniej, był naszym opiekunem i cicerone w tych ważnych dla nas chwilach. Byłem dumny, że otrzymałem to wyróżnienie w gronie tak zacnych ludzi, że dołączyłem do wcześniej wyróżnionych z  dr Ligią Urniaż-Grabowską, jej córką Małgorzatą Grabowską- Kozera, Pawłem Kozerą czy takimi osobami jak Stanisław Kuczyński, Jacek Girtler czy mój kolega po fachu mecenas Bonifacy Bąk. W sumie tylko 13 Legionowian jest kawalerami Krzyża Wolności i Solidarności. Wręczający te medale państwowe Prezes IPN dr Jarosław Szarek w swoim przemówieniu powiedział m. in.: „Jesteśmy tu wszyscy. Uniwersytet, Politechnika, Ursus, Huta Warszawa, Legionowo, Wrocław, Jesteśmy tu wszyscy…” . Uroczystość miała podniosły charakter, byli przedstawiciele Sejmu i rządu, uroczystość zakończył koncert pieśni patriotycznych.
Było to dla mnie oczywiście wielkie przeżycie podsumowujące moje kilkanaście lat działalności, głównie z okresu stanu wojennego, kiedy jako przyszły prawnik zamieszkałem w Legionowie. Pamiętam, że w dniu ogłoszenie stanu wojennego, jako student II roku prawa udowadniałem, że wprowadzenie stanu wojennego jest nielegalne. Z satysfakcją odnotowuję, że po 20 latach zostało to potwierdzone.

JB: Dominuje więc poczucie satysfakcji, dumy….

JK: Jestem dumny, że miałem jakiś może niewielki, ale swój udział w zmianie ustrojowej w Polsce. Tamten wcześniejszy ustrój (socjalizm, komunizm – diabli wiedzą co) był z pewnością najgorszym losem jak mógł Polskę spotkać po II wojnie światowej.

JB: Zapytam więc przekornie: czy teraz perspektywy 30 lat możesz powiedzieć, że opozycja antykomunistyczna, a więc i Ty – o taką Polskę walczyliście?

JK: Mówi się, że dzisiaj czytelnik książek historycznych wygrałby kampanię napoleońską. Każdy z perspektywy lat jest mądrzejszy. W 82, czy 83. roku chyba nikt nie przewidywał nawet w marzeniach skutków jakie te działania opozycyjne, czy quasi rewolucyjne wywołają. Kto wtedy wierzył ,że za kilka lat będziemy żyć w wolnym kraju że upadnie komunizm, że runie Mur Berliński, nie będzie Związku Sowieckiego, NRD, czy Czechosłowacji?
Oczywiście od czasu, gdy mamy wolną Polskę, nie wszystkie zmiany poszły w dobrym kierunku, niektóre w złym, niektóre w bardzo złym. Nie czas i miejsce, żeby o tym dywagować, analizować te sprawy, ale ja osobiście dostrzegam wiele niedociągnięć wszystkich ekip, które rządziły naszym krajem po 90. roku. Zamykając tę kwestię dodam tylko, że mimo wielu niedociągnięć i wad – żyjemy w najwspanialszym okresie w tysiącletniej historii naszego kraju i  sami możemy decydować o tym jak żyjemy.

JB: Wróćmy do czasów opozycji. Jakie było środowisko legionowskich, jak ich wtedy czasami określano, legionowskich dysydentów Kto w  nim działał i jak ty zaangażowałaś się w pracę konspiracyjną?

JK: Muszę zacząć od początku. Jestem Pułtuszczakiem. W Pułtusku skończyłem szkołę średnią, w Legionowie pojawiłem się rozpoczynając studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim w 1980 roku. Stopniowo nawiązałem kontakty towarzyskie, które z czasem przerodziły się po 13 grudnia 1981r w kontakty nazwijmy je – opozycyjne. Za wprowadzającego mnie w legionowskie środowisko opozycyjne muszę uznać Piotra Nowotnego, znanego działacza kultury, artystę. Przypadkowe spotkanie w pociągu przerodziło się w przyjaźń, która, trwa do dzisiaj. Jako student nie należałam do NSZZ Solidarność i  na początku stanu wojennego legionowskich działaczy związkowych oprócz P. Nowotnego i  braci Kuczyńskich nie znałem. W tym czasie poznałem i rozpocząłem współpracę z opozycjonistami skupionymi wokół Pawła Kozery, Małgosi Grabowskiej, dr. Ligii Urniaż-Grabowskiej. Działałem też na Uniwersytecie Warszawskim m. in. kolportując prasę i wydawnictwa podziemne.

JB: Mimo to, musiałeś się znaleźć po „lupą” służb bezpieczeństwa?

JK:
No tak. Przeglądałem swoje akta osobowe w Instytucji Pamięci Narodowej, zapoznałem się z teczką raportów na mój temat, np. opisami jak to para młodych ludzi z dzieckiem w wózku, przemieszcza się z Przystanku Legionowo na ul. Hubala, a więc tam gdzie mieszkała dr. Grabowska. Byliśmy więc, śledzeni, inwigilowani. W połowie lat osiemdziesiątych miewaliśmy częste „ wizyty” służby bezpieczeństwa, która szukała „bibuły”. Wystarczyło, że jakiś samochód zatrzymał się przed naszym domem, aby za kilkadziesiąt minut pojawiało się SB , aby sprawdzić, kto mnie odwiedził.

JB: Internowany jednak nie byłeś?

JK:
Nie, nie. Doświadczyłem represji psychologicznych tj. częstych przesłuchań i rozmów ostrzegawczych, gróźb wyrzucenia z aplikacji adwokackiej czy wielokrotnego przeszukiwania domu, a z fizycznych oberwałem kilka pałek podczas demonstracji np. 3 maja 1982 roku czy pod kwietnym krzyżem przy Kościele Wizytek. To drobiazgi w porównaniu z doznaniami osób, które były internowane, czy siedziały w więzieniach. Może zrodzić się więc pytanie: za co on dostał ten Krzyż Wolności i Solidarności? Zajmowałem się kolportażem, tzw. małym sabotażem, u mnie w domu prowadzona była podziemna działalność drukarska oraz przechowywane różne nielegalne materiały i przedmioty, m. in. do drukowania oraz archiwum działalności opozycyjnej. Ponadto odbywały się u mnie spotkania i próby nielegalnych grup artystycznych. Czy podczas licznych najść i  rewizji niczego nie znaleziono? No nie, aż tak dobrze nie było. Miałem w 1986r m. in. włamanie do domu, kto wie czy nie zaaranżowane przez służbę bezpieczeństwa – skradziono nam wiele cennych rzeczy. Następnego dnia przyjechało SB i dokonali przeszukania – znaleźli niewielką ilość materiałów – 3500 sztuk nielegalnych znaczków i  bezdebitowych wydawnictw. Na szczęście nie znaleźli wszystkiego co mieliśmy ukryte. Powiem tylko, że bywały momenty, że miałem w domu kilkadziesiąt tysięcy „ nielegałów”

JB: W Twoim opozycyjnym życiorysie nie sposób pominąć działalności związanej z kabaretem „Pętla”. Drwiliście z władzy słowem – kpiną, ironią, wasze występy cieszyły się popularnością nie tylko na Mazowszu.?

JK:
To prawda. Byłem autorem większości tekstów dla naszego kabaretu Pętla, który w pełnej nazwie miał Region Mazowsze. Powiem nieskromnie, że część z tych tekstów, jest do dzisiaj aktualna, co mnie nieco bawi. Przykładowo? Np. taka fraza: Na skrzyżowaniu Azji i Europy/na styku kultur wschodniej i zachodniej/jedni żyją jak ludzie/drudzy jak im wygodniej.
Jeździliśmy po całej Polsce, stosując jak to określił w jednym z wywiadów Piotrek Nowotny – zasadę delfina. Jako, że nasze niektóre występy były ocenzurowane, pojawialiśmy się tu i tam niespodziewanie, nic sobie z cenzury nie robiąc. Niestety mieliśmy za to zakaz oficjalnych występów w kilku województwach. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że mniej efektów przynosi w drugiej połowie lat osiemdziesiątych chodzenie na demonstracje uliczne, niż występy naszego kabaretu przed np. dwutysięczną widownią w  kościele w Mistrzejowicach w Nowej Hucie ,w kościele na warszawskiej Woli, w Muzeum Archidiecezji, na tajnych występach we Wrocławiu czy Poznaniu. Skład naszego kabaretu się zmieniał, ale jego podstawowy trzon to kompozytor i wykonawca Dariusz Zawadzki, Krzysztof Turek, wspomniany Piotr Nowotny i ja. Przez kilka sezonów, członkiem kabaretu „Pętla” był znakomity aktor Artur Żmijewski, o czym teraz nie wspomina w swojej biografii. My wspominamy Go serdecznie. Działając oficjalnie dostaliśmy wiele nagród na różnych festiwalach kabaretowych m.in. na krakowskiej PACE, Festiwalu Kabaretowym w Zakopanem,Festiwalu Kabaretowym w Nowym Sączu, Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Kabaretowej w Ostrołęce – tam cztery piosenki mojego autorstwa otrzymały w 1987 r główną nagrodę Grand Prix . Kasetę z naszymi nielegalnymi nagraniami wydano w 1988r w Londynie.

JB: W okresie transformacji ustrojowej włączyłeś się w działalność samorządową na terenie Legionowa…

JK: Zaangażowałem się w działalność Komitetu Obywatelskiego na trenie naszego miasta. W pierwszych wolnych wyborach w  1990 roku starowałem z list tego komitetu i zostałem wybrany radnym. Samorządowcem w Legionowie byłem przez 12. lat, piastując różne funkcje. Od przewodniczenia rożnym komisjom, po funkcję Przewodniczącego Rady Miejskiej w latach 1998 -2001. Byłem delegatem Legionowa do Sejmiku Mazowieckiego przez dwie kadencje, byłem też Przewodniczącym Komitetu powołania Powiatu Legionowskiego. Ciekawostka – w „ Roczniku legionowskim” moje funkcje i działania są przypisywane innemu panu Kalinowskiemu. Poza samorządem byłem współzałożycielem Szkoły Społecznej i Prezesem Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Legionowie wspomagałem Komitet budowy pomnika marszałka J. Piłsudskiego, nadal działam w Stowarzyszeniu „Mała Ojczyzna”

JB: Pamiętam jak przed laty, na głównej płycie naszego stadionu rozgrzewałem Cię, jako bramkarza Legionowskich samorządowców przed meczem bodaj z samorządowcami stolicy. Skąd u Ciebie sportowe ciągotki?

JK: Moje sportowe zainteresowania wynikają z czasów jakich przyszło mi żyć. Zamiast telefonów komórkowych, komputerów, stu kanałów telewizyjnych, których nie było – wolny czas spędzaliśmy na podwórkach ganiając za piłką, zimą śmigając na łyżwach. Wspomniałem, że pochodzę z Pułtuska – tam rozmaitych rozlewisk na Narwi nie brakowało, a mroźna zima trwała 3-4 miesiące. Kariery sportowej oczywiście żadnej nie zrobiłem, ale w szkole podstawowej i średniej byłem w wielu reprezentacjach. Taka ciekawostka: m. in. byłem wicemistrzem powiatu w jeździe szybkiej na lodzie, na 200 i 400 metrów. Sport już w roli kibica (bo parady na klepiskach zrobiły swoje, boli kręgosłup) jest nadal ważnym elementem mojego życia. Był czas, że bywałem na meczach reprezentacji Polski w piłkę nożną nawet za granicami kraju. Dziś jak wiesz spotkamy się na meczach lokalnych drużyn, czy to piłkarzy nożnych, czy też ręcznych oraz oczywiście siatkarek.

JB: A wracając do tego legionowskiego spotkania samorządowców. To po nim otrzymałeś fajny komplement z ust samego….

JK: … redaktora Jacka Żemantowskiego – skomentował moje udane parady bramkarskie takimi mniej więcej słowami: ”Oby pan, panie mecenasie bronił swoich klientów tak skutecznie jak dziś na bramce”. Było to miłe, bo to był dopiero początek mojej kariery zawodowej, która już trwa trzydzieści lat.

JB: Mówi się ostatnio wiele o kaście prawniczej. Z tego co wiem ty jesteś z takiej” kasty”, bo „odziedziczyłeś” fach po tacie?

JK: To określenie pejoratywne. Funkcjonuje trochę w innym kontekście, zostało przypisane innej sytuacji niż pokoleniowe przekazywanie pewnych doświadczeń, wiedzy, kompetencji, zainteresowań. Prawdą jest, że mój tata Piotr Kalinowski przez 50 lat był adwokatem i do dzisiaj jest osobą szanowaną i wspominaną jako bardzo dobry mecenas. Z moich dwóch córek jedna ukończyła resocjalizację, a druga studia prawnicze ale wybrały działania nie związane z wymiarem sprawiedliwości.

JB:A Twoja największa satysfakcja w pracy adwokata z czego wynika?

JK: Moją największą satysfakcją rozpatrywaną w kategoriach pracy zawodowej jest to, że w zdecydowanej większości z przeprowadzonych kilku tysięcy spraw moi Klienci byli z mojej pracy zadowoleni, że wracają do mnie osoby, którym prowadziłem wcześniej sprawy oraz to, że będąc o 10-20 lat starszy od większości obecnych adwokatów w Legionowie, mam z nimi dobry kontakt, a nawet mogę powiedzieć, ze przyjaźnię się ze sporą grupą mecenasów, którzy mnie, jak mi się wydaje – lubią i  szanują.

Rozmawiał: Jerzy Buze

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *