Facebook

„W cyrku nie ma dzikich zwierząt”

2016-03-21 7:12:24

O życiu oko w oko ze zwierzętami, ich treningach i… kontrowersyjnych informacjach o znalezieniu spalonych szczątek wielbłąda w podwarszawskiej bazie rozmawiamy z Ewą Zalewską – dyrektorką Cyrku Zalewski.

Tygodnik Nowodworski: Cyrk Zalewski to cyrk z ogromnymi tradycjami. Został założony w 1993 roku. Jak wygląda jego historia?

Ewa Zalewska: Cyrk został założony 23 lata temu, ale tradycję ma siedmiopokoleniową. Moi dziadkowie mieli cyrk, ale komuniści wszystko zabrali. Później, po kilkudziesięcioletniej przerwie cyrk znowu odżył.

Oprócz występów w miastach Cyrk Zalewski był organizatorem i realizatorem programu telewizyjnego „Gwiezdny Cyrk”. Jaki to był dla Was czas?

Z jednej strony był to bardzo piękny czas, dlatego, że mogliśmy pokazać wspaniałe widowisko cyrkowe szerszej publiczności, niż tylko tym, którzy przychodzą do cyrku. Wiadomo, że miliony ludzi ogląda telewizję. Z drugiej strony było to niesamowicie trudne przedsięwzięcie logistyczne, ponieważ cyrk jednocześnie był w trasie, cały czas grał.

Natomiast było też widowisko polsatowskie kręcone na miejscu, na naszej bazie i tam trzeba było uczyć aktorów i celebrytów sztuki cyrkowej. Nie było to jednak rzeczą prostą. Dlatego też rodzina się rozdzieliła i część osób – mąż, syn, synowa – zajmowała się aktorami. Ja nadzorowałam część artystyczną i ściągałam w tym czasie artystów cyrkowych z całego świata, by pokazać różnicę, jaka jest między amatorem, a profesjonalnym artystą cyrkowym. Jednocześnie byłam w jury programu, co wiązało się z tym, że raz w tygodniu musiałam być na nagraniu. W tamtym czasie ja sama prowadziłam cyrk w trasie. Z odległych stron Polski przyjeżdżałam w czwartki na nagranie programu.

Po tym programie Cyrk Zalewski postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Tak, to prawda.

Ciężko jest sprostać oczekiwaniom publiczności?

Myślę, że na pewno nie jest łatwo. My jako artyści występowaliśmy przez 20 lat w najlepszych, zagranicznych cyrkach i dla nas jest wielką frajdą to, że możemy zrobić widowisko cyrkowe na poziomie europejskim, a może nawet światowym. Zapewniam, że potrafimy takowe zrobić. Ogranicza nas jedynie ekonomiczna sytuacja w Polsce. My, Polacy nie jesteśmy bogatymi ludźmi, a więc cena biletu ogranicza nasze wielkie plany i marzenia. Cyrk nigdy nie miał żadnej pomocy finansowej, wręcz przeciwnie – kłody pod nogi.

Na co w takim razie najbardziej czeka publiczność, która przychodzi na przedstawienia Cyrku Zalewski?

Dorośli na pewno doceniają wyczyn, walory artystyczne, choreografię, opracowanie świateł czy kostiumy. Natomiast dzieci – myślę, że również dorośli, ale się do tego nie przyznają – przede wszystkim chcą mieć zwierzęta w przedstawieniu i to one są dla nich najważniejsze. Tak blisko i tak kameralnie jak w cyrku zwierzęcia nie można zobaczyć nigdzie. Zwierzęta są oswojone, więc można ich nawet dotknąć. Uważam, że to jest dla dzieci duże przeżycie. Generalnie cyrk dla każdego – bez względu na wiek – to są duże i mocne emocje.

Poruszyliśmy temat zwierząt. Jak więc wygląda ich życie w cyrkowym miasteczku?

Życie cyrkowych zwierząt wygląda zupełnie tak samo, jak życie zwierząt domowych, ponieważ my uważamy je za partnerów życiowych. Tak też je traktujemy. Te zwierzęta wychowuje się od urodzenia. Lwy po urodzeniu są karmione butelką, jak każdy niemowlak. Potem są zagłaskiwane, prawie na śmierć (śmiech). Jeżeli na przykład wielbłądzica jest w ciąży, to nie jedzie z nami w trasę, zostaje w domu. Moja synowa też rok była w domu i nie pojechała, bo była w ciąży (śmiech). Traktujemy się bardzo na równi i po partnersku.

Jak można wytresować dzikie zwierzę?

Pojęcie „dzikie” jest bardzo względne. Tak naprawdę możemy uznać, że w cyrku nie ma dzikich zwierząt. Lwy, które są z nami w tym sezonie, mieszkają od pięciu pokoleń w Europie. Jedne są urodzone w ogrodzie zoologicznym, a inne w cyrku. Trudno więc mówić, że te zwierzęta są dzikie. Uczy się je tak samo jak psa. Dosłownie. Zwierzę uczy się od maleństwa, kiedy ono jeszcze nie jest niebezpieczne. Utrwala się wtedy nawyki. Kiedy zwierzę dorasta, te nawyki zostają. Dzięki temu te zwierzęta już nie są niebezpieczne.

Jak wygląda zatem codzienny trening zwierząt?

Trening codzienny zwierzęta mają w czasie, kiedy są uczone. Natomiast w momencie, kiedy występują, trening nie jest tak restrykcyjnie przestrzegany. Wtedy to jest bardziej zabawa na wolnym powietrzu, na wybiegach.

Trening wygląda tak, że przez godzinę staramy się skupić uwagę na sobie. Oko w oko – człowiek – zwierzę. Dzięki temu zwierzę się oswaja i przyzwyczaja do człowieka. Na przykład słonie uwielbiają kopać piłkę. To, co się mówi – że od zwierzęcia wymaga się wręcz nienaturalnych rzeczy – to jest kompletna nieprawda. Wręcz przeciwnie, właśnie wykorzystuje się ich naturalne zachowania. Przecież wspięcie na dwie tylne nogi konia to jest jak najbardziej naturalny odruch.

Jak obserwuję nasze zwierzęta na wybiegach, to myślę sobie: „jak wy byście takie rzeczy robiły na arenie, jak wy tutaj wyprawiacie, to byłoby cudownie”. Czy lew skaczący z tzw. tumby na tumbę nie skacze tak samo ze skały na skałę? Czy słoń, który chce sobie coś sięgnąć z góry, z drzewa, nie robi tego naturalnie? Ja mam zdjęcie zrobione w Afryce, gdzie słoń sięga trąbą kokosa. Jest tylko ta różnica, że on ma to zrobić w tym momencie, w którym my chcemy. Wtedy mu się daje marchewkę, mięsko, cukiereczka.

Ekolodzy twierdzą, że do tresury stosuje się pejcze, baty, rozgrzane grzałki, gorące podłogi…

Grzałki to ja mam tutaj, w przyczepie kempingowej, żeby mi nie było zimno (śmiech). Ekolodzy twierdzą wiele rzeczy, które są wręcz niebywałe i niesłychane. Ekolodzy nigdy nie byli w cyrku i nigdy nie widzieli, jak to się wszystko odbywa. Uważam, że to jest wymyślona przez kogoś ideologia. Na pewno w tym wszystkim nie chodzi o zwierzęta, a wręcz śmiem twierdzić, że ci ludzie robią im krzywdę. Robią oni krzywdę również dzieciom i dorosłym, chcąc zabrać te zwierzęta ze środowiska człowieka. Po tym, co widzę, śmiem również twierdzić, że grozi nam wynaturzenie, bo zwierzęta zabierze się najpierw cyrkom, potem ogrodom zoologicznym, a potem zabiorą zwierzątka z domu.

Ekolodzy mówią, że zwierzęta w cyrku są źle traktowane. Do tego kilka lat temu w internecie pojawiło się zdjęcie z Państwa bazy, na którym widać rozrzucone w kontenerze kości. Był pod nim opis, że to są spalone kości wielbłąda…

Widzi pan, wymyśla się takie różne teorie po to, żeby rozdmuchać to w internecie. Po pierwsze, jakim prawem szef „Vivy” grasuje po moich śmietnikach? Po drugie myślę, że i tak ta sprawa skończy się w prokuraturze. Nie wiem, skąd on wziął takie informacje. Było 8 wielbłądów, a jest 9 wielbłądów. Powiem szczerze, co tam było. Jeżeli tam były kości, to na pewno była to wołowina po karmieniu tygrysów. Po karmieniu się sprząta i resztki, które zostają, trafiają do kontenera.

Przyzna jednak Pani, że tych głosów sprzeciwu słuchają także włodarze miast, którzy podpisali zarządzenie dotyczące zakazu wjazdu cyrków ze zwierzętami na tereny między innymi Warszawy, Poznania czy Płocka.

Zarządzenie jest przede wszystkim nielegalne, bezprawne, wbrew konstytucji, wbrew naszej legalnej działalności gospodarczej. Zostało ono wydane, szczególnie przez Hannę Gronkiewicz-Waltz, bez porozumienia się z kimkolwiek, oprócz „Vivy”. Odbyło się to bez konsultacji przede wszystkim z nami, z naszym środowiskiem, a nawet z Radą Miasta. Pani prezydent sobie to podpisała. Jakim prawem? Jeszcze mówi o jakichś naszych bazach, na których nigdy nie była i nie widziała. Nie były przeprowadzane w Polsce żadne badania naukowe, które by potwierdziły niechęć ludzi do zwierząt w cyrku. Mam nadzieję, że te zarządzenia uchylą rozsądne osoby, np. wojewoda.

Będą się Państwo domagać od prezydentów, burmistrzów czy wójtów odszkodowań?

Myślę, że tak. To są dla nas bardzo szkalujące oceny. Uważam, że przez takie działania cyrk traci dużo, między innymi na wizerunku. Wiąże się to także z ogromnymi utrudnieniami, ponieważ już ruszyliśmy w trasę i nie możemy dostać placu tam, gdzie byśmy chcieli i gdzie powinniśmy. Jest to również duża trudność dla publiczności, która będzie musiała przyjeżdżać w inne miejsce.

W Nowym Dworze nie było z tym problemu?

To jest prywatny plac.

Na koniec chciałbym zapytać, jak to jest być szefową największego cyrku w Polsce?

Strasznie trudna jest logistyka cyrku, jest bardzo dużo wewnętrznych problemów. Żeby doszło do premiery, to trzeba – mówiąc kolokwialnie – ściągnąć artystów z zagranicy, więc tu mamy do czynienia z wizami, zezwoleniami na pracę itd. Jest tego mnóstwo, mnóstwo.

Jedziemy, dosyć często zmieniamy miasta, w związku z tym sprzęt ulega zniszczeniu. Mamy tylko cztery miesiące, żeby ten sprzęt doprowadzić do porządku.

Mimo tych kłopotów staramy się, by to przedstawienie było z każdym rokiem lepsze, atrakcyjniejsze, na wyższym poziomie, by było w nim coś nowego. Całą zimę też ćwiczymy z młodymi, nowymi osobami, które są dopiero po szkole cyrkowej i trzeba im pomóc, by to, co potrafią, oprawić choreograficznie, kostiumowo i świetlnie. W tzw. międzyczasie jest mnóstwo problemów. Dopiero premiera, to, co Państwo widzą, jest deserem. Dopiero po premierze jest oddech i satysfakcja. To jest miód na duszę.

Ile w tym roku miast odwiedzi Cyrk Zalewski?

Około 200 na pewno.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Adam Balcerzak

Comments

comments

2 komentarze

  1. Flux odpowiedz

    Najbardziej denerwujące jest to, jak „ekolodzy” i „przyjaciele zwierząt” rzucają jakimiś historiami od czapy i ludzie dają się na to nabrać, bo działa to na ich emocje. Mam nadzieję, że nie jest to jednak walka z wiatrakami i że uda się pokazać, jaka jest prawda. 🙂

  2. Kinia odpowiedz

    Cyrki powinny walczyć o odszkodowanie, nie można oskarżać bez dowodów. Dowodami nie mogą być filmy niewiadomego pochodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *