Facebook

REPORTAŻ. Cudzoziemcy w naszym mieście – Ram z Nepalu

2019-07-13 7:18:34

Na terenie Nowego Dworu Maz. mamy kilku czołowych pracodawców którzy, coraz chętniej i częściej zatrudniających u siebie obcokrajowców

Zapewne większość z nas zauważa osoby o odmiennej urodzie, które można spotkać na ulicach, w sklepach. Jeszcze inni na co dzień pracują wraz z Filipińczykami, Gruzinami, Nepalczykami czy osobami pochodzącymi z Indii.

Myśląc o moim cyklu „Cudzoziemcy w naszym mieście” szukałam kontaktu do kogoś, kto przyjechał do nas z daleka. Najchętniej takiej osoby, która postanowiła osiedlić się tu na dłużej. Jak zwykle – pomogli przyjaciele. Kolega przekazał mi namiar do chłopaka, z którym pracuje w jednej z największych fabryk w naszym mieście. – Spokojnie możesz do niego zadzwonić, nie dość, że mówi nieźle po polsku, to całkiem „łebski” chłopak – dodał. Skorzystałam i tak poznałam Rama.

Nepalski szczęściarz

Ram pochodzi z niewielkiej miejscowości na południu Nepalu. Od 3 lat mieszka w Polsce z czego ponad rok w Nowym Dworze Maz.. Po moim telefonie bez krępacji zaprasza mnie do swojego mieszkania. Drzwi otwiera mi promiennie uśmiechnięty chłopak o wyglądzie nastolatka. Jak się później dowiaduję, jest starszy niż myślałam – szczęściarz. Z pewną obawą, ale jeszcze większą ciekawością przekraczam próg małego mieszkanka na Pólku. Po krótkim powitaniu na stole pojawia się kawa i pyszne ciasto. Relacja między nami jest od początku bardzo przyjazna i otwarta. Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, a spotkałam się z dużą gościnnością i miłym podejściem ze strony gospodarzy. Jest z nami jeszcze Kasia, narzeczona naszego bohatera. Piękna, typowo słowiańska uroda, a na palcu pierścionek, który nosi z nieukrywaną dumą. – Wiesz, nie chciałem się spotykać na mieście. Staram się nie „prowokować” i jak najmniej wychodzić kiedy nie muszę – mówi Ram. Dociekam, dlaczego? – Zależało mi, by podczas spotkania była Kasia (trochę jako tłumacz) a najbardziej dlatego, że to dzięki niej jestem tu gdzie jestem. Poza tym, zdarzały mi się przypadki, że zatrzymywała nas policja „trzepiąc” moje dokumenty, i nie chcę na tak krępujący widok narażać mojej dziewczyny. 

Teraz już rozumiem dlaczego Ram tak szybko nauczył się naszego języka. Miłość była najlepszym nauczycielem.

Ram i jego narzeczona Kasia

Chce pomóc swoim

– Musiałem wyjechać ze swojego kraju. Nie ma u nas dużych firm, gdzie moglibyśmy pracować. A ja muszę pomóc swojej rodzinie. Taka jest u nas tradycja, że syn, szczególnie najstarszy dba o byt rodziców i rodzeństwa. Kilkakrotnie starałem się o wizy do Australii, do Niemiec i w końcu do Polski. Dostałem za drugim razem, więc nie był to mój świadomy wybór, a raczej los zdecydował za mnie. Na początku była Warszawa, potem Skierniewice, Rawa Mazowiecka, a teraz jestem tu w Nowym Dworze. Pracę mam dzięki agencji, która zatrudnia nas obcokrajowców i jednocześnie pomaga w załatwianiu wszelkich formalności. Pytam jak ocenia współpracę z pośrednikiem? I tu pada słowo, którego obcokrajowcy uczą się najszybciej… niecenzuralne, oczywiście. –Bywało tak, że warunki bytowe były bardzo trudne. Mieszkaliśmy w ośmiu w niewielkim pokoju bez jakichkolwiek wygód. Ja mam dużo szczęścia, bo jest Kasia i razem z nią mogę wynajmować mieszkanie. Mnie osobiście nikt nie chciał wynająć. Nasze umowy skonstruowane są w taki sposób, że nie przysługują nam żadne urlopy czy chorobowe. Mogę zrobić sobie wolne w pracy, ale nikt mi za to nie zapłaci. Uświadamiam sobie, że podobny problem dotyczy bardzo wielu osób z zagranicy zatrudnianych przez pośredników. Ci ludzie przyjeżdżają uczciwie pracować, muszą się tu utrzymać i pomóc rodzinie w swoim ojczystym kraju. Są dużym wsparciem dla naszej gospodarki i po części wykonują pracę, której nie chcą się podjąć nasi rodacy. Szybko się uczą, zdobywają nowe umiejętności i mają w sobie dużo zaangażowania. To przygnębiające, że są traktowani niesprawiedliwie, z wyzyskiem.

Obserwacje i plany

Muszę zadać mu to pytanie. Czy my Polacy jesteśmy rasistami? Czy spotkał się z przejawami nietolerancji lub agresji? – Im większe miasto tym więcej przykrości spotykało mnie na ulicach. Szczególnie w Warszawie miałem do czynienia z wyzwiskami czy pluciem pod moje nogi. W Nowym Dworze nie spotkało mnie nic złego. Tak jak ci mówiłem na początku, staramy się nie prowokować. Nie wychodzimy po zmroku, nie odwiedzamy lokali, załatwiamy tylko najważniejsze sprawy w ciągu dnia i zostajemy w domach. Nie tylko ja, ale wszyscy moi koledzy, którzy tutaj są. Tu widzę, jak duża musi być więź między narzeczonymi. Kasia godzi się na takie trochę pustelnicze życie, ale widać po niej, że jest szczęśliwa. A jacy jesteśmy my, Polacy? – Oj, trochę leniwi jesteście, ale najczęściej zadowoleni z siebie i ze swojego życia – wypala Ram. Tego pierwszego mogłam się spodziewać, ale druga opinia mnie zaskakuje. Widocznie takie umiemy sprawiać wrażenie lub Ram znów miał szczęście i na swojej drodze spotyka tylko zadowolonych Polaków. Moje rozmyślania przerywa dźwięk telefonu. To dzwoni nepalska mama. Czuję, że nie jest to przypadkowy telefon. Kasia szybko mi wyjaśnia, że mama specjalnie poszła na drugi koniec wioski do sąsiada, który ma internet, żeby zadzwonić i pozdrowić „panią redaktor” z Polski. Mama czuję się bardzo szczęśliwa, że syn będzie w gazecie. To wyjątkowe wydarzenie dla jej rodziny i połowy wsi. Teraz to ja poczułam wzruszenie, ale i zadowolenie, że mogłam komuś na „końcu świata” sprawić trochę radości.

Pytam o plany na przyszłość. Ram wyjmuje z szafki aluminiowy garnek, który przywiózł z Nepalu. Ma dziwnie wypukłe dno. Widzisz, to moje naczynie „rodowe”. Kiedyś w przyszłości chciałbym prowadzić w Polsce nepalską knajpkę. Oczywiście bardzo lubię wasz żurek i pierogi, a nawet schabowe. Nie jem tylko wołowiny. My, buddyści nie jemy mięsa krów, bo je bardzo szanujemy, a nie dlatego, że jest brudne. Ale tego garnka nawet nie mogę tu używać, nie da się go postawić na płycie. Śmiejemy się i każdy po kolei stara się ustawić garnek na kuchence. Nie wychodzi. Wierzę, jednak w to, że przyjdzie czas i znajdzie się taka kuchnia, gdzie naczynie będzie pasować i spełnią się marzenia Rama.

Żegnam się z moimi nowymi znajomymi i wychodzę obiecując im i sobie, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Emocje tego spotkania, sprawiły że… zapominam zabrać swój ulubiony sweter. Kolejna wizyta będzie nieunikniona. Czekam na nią z dużą niecierpliwością.

A za tydzień będziecie mieli okazję poznać Angello, który jak to Włoch,  dużo krzyczy i bardzo dobrze karmi.

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *