Facebook

POMIECHÓWEK: Póki dobre – złoto, jak zepsute – ruszaj w błoto

2019-01-18 1:47:53

Pan Janusz J. od paru lat mieszka w Woli Błędowskiej (gm. Pomiechówek). Mieszka w mieszkaniu komunalnym, bo choć ciężko pracował całe życie, nie dorobił się niczego. Niczego. Nawet emerytury. Do czasu, gdy żyła jego matka, mieszkali we troje, razem z młodszym bratem. Gdy starsza pani zmarła, brat, choć młodszy, okazał się silniejszy psychicznie, a że obaj panowie nie dogadywali się, los p. Janusza był przesądzony. Gdy jakiś czas temu został zaproszony do dobrych ludzi na posiłek, wyznał im, że obiad przy stole je pierwszy raz w życiu.

W rodzinie państwa J. na świat przyszło sześcioro dzieci. Janusz, choć najstarszy, był mniej zaradny życiowo, mający poważne kłopoty z wchłanianiem wiedzy szkolnej. Miał jednak inną przydatną cechę; był bardzo silny i pracowity. Nic więc dziwnego, że edukację skończył nader szybko. W okolicznych wsiach miał dobrą opinię. Pracowity, nadający się do każdej, najcięższej roboty. Pracował, nawet zarabiał, a zarobione pieniądze przejadał, po jakimś czasie zaczął także przepijać.

Początki choroby

Czas mijał, lata płynęły, siły powoli wyczerpywały się. Nie stary jeszcze, a jedynie wyniszczony twardym życiem i niedbałym prowadzeniem się, p. Janusz ciężko zachorował. Na co? Na to pytanie do dziś brak odpowiedzi. Wiadomo jedynie, że bywały dni czy nawet tygodnie, gdy nie wstawał z łóżka. Pomocną rękę wyciągali sąsiedzi, zaś stołować zaczął się u p. Marii Białeckiej. Gdy mógł, przychodził na każdy posiłek, gdy nie mógł, przyjeżdżał dzielący ich kilometr dogi autobusem. Gdy było jeszcze gorzej, jeździł po niego zięć lub córka p. Białeckiej, Teresa Stroińska – Macińska. To właśnie u nich w domu wyznał, że nigdy wcześniej nie jadał przy stole. Gdy jeszcze pracował u rolników, jedzenie podawano mu w budynku gospodarczym, albo po prostu, w chlewie. Mieszkając samotnie, odmawiał znaczącej pomocy. Jak twierdzi p. Wanda Mucha, kierowniczka pomiechowskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, robiono wszystko, co możliwe, aby pomóc na tyle, na ile tylko sam klient pozwalał. A pozwalał na mało, nadal chciał być samodzielny, a o przeniesieniu się do domu opieki nawet słyszeć nie chciał. Ograniczano się więc do sprzątnięcia izby czy pomocy finansowej.

Czy ktoś podejmie się leczenia?

Do Woli Błędowskiej często wzywana była pomoc medyczna. Pogotowie przyjeżdżało co parę dni. Jak już nie chcieli przyjechać, p. Stroińska wzywała lekarza rodzinnego. Zarówno lekarz z pogotowia, jak i dr Jarosław Krzewiński z Pomiechówka zazwyczaj wysyłali chorego do szpitala, z którego po kilku godzinach był odsyłany do „domu”. Tak było też w listopadzie i styczniu tego roku. Bardzo wymowna jest treść Karty Informacyjnej z nowodworskiego szpitala. Pomimo wykonania szeregu badań, jako rozpoznanie wpisano: „Nieokreślony ból brzucha”. Jednocześnie zlekceważono zapisane tam informacje o zmianach w płucach. Z takim nieokreślonym określeniem pacjenta odwieziono do nieogrzewanego mieszkania i pozostawiono. Tam znaleziono go wpółprzytomnego i chorego.

Łańcuszek ludzi dobrej woli

Rozpoczęła się dobroczynna akcja sąsiedzka. Najbliższa sąsiadka czując się całkiem już bezradną, zatelefonowała do p. Stroińskiej. Ta z kolei, zaalarmowała ośrodek dla bezdomnych Antidotum w Szczypiornie. – Nasz ośrodek absolutnie nie jest dostosowany do udzielenia pomocy osobom będącym w takim stanie – deklaruje kierowniczka „Antidotum, p. Agata Pietras. – Nie mogłam jednak nie przyjąć tak cierpiącego człowieka. Problem w tym, że on wymagał natychmiastowej i fachowej opieki medycznej – wspomina p. Pietras podkreślając, że mężczyzna jest skrajnie wycieńczony, nie je i prawie nie pije. Przyszła więc kolej na wielogodzinną akcję skłonienia Nowodworskiego Centrum Medycznego do zaopiekowania się chorym. Jego dyrekcja, w piśmie skierowanym do naszej redakcji deklarowała, że pacjent po wykonaniu wszelkich badań, nie wskazywał na potrzebę hospitalizacji. Został wiec odwieziony do domu, gdzie temperatura nie przekraczała 10 stopni. Podobną odpowiedź otrzymał interweniujący wicestarosta nowodworski Paweł Calak. Temu ostatniemu udało się wreszcie wpłynąć na podległą sobie placówkę. Następnego dnia Janusz J. został zabrany z „Antidotum” i przewieziony na oddział chirurgiczny. Pozostaje tam już od tygodnia. To tylko częściowy sukces łańcuszka ludzi dobrej woli.

Co dalej?

W lokalnej społeczności nie brak głosów, iż Janusz J. sam jest sobie winien. W młodości nie troszczył się o przyszłość, pił, nie dbał o siebie. Ktoś przytacza opowieść, jak to kiedyś ciężko chory Janusz wezwał do siebie lekarza. Gdy ten przyjechał, nie zastał pacjenta w domu. Okazało się, że poszedł w pilnej potrzebie do monopolowego. Są też jednak i inni, którzy nie kwestionując tej prawdy o przeszłości, uważają że bez względu na wszystko, człowiek nie może żyć i umierać w takich warunkach. Pewną nadzieję daje dr Krzewiński, który deklaruje, iż po wyjściu J. ze szpitala, pojedzie do niego na wizytę domową i postara się nakłonić do zamieszkania w domu pomocy. – Jeśli tylko sam p. Janusz wyrazi zgodę, pomogę mu – obiecuje lekarz.


Piotr Korycki

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *