Facebook

POMIECHÓWEK. Młodzi i ambitni na roli

2021-08-18 1:05:42

Powiat nowodworski to nie tylko miasta i miasteczka, to również wsie, gdzie zamieszkuje znaczna część ludności. O tym, jak żyje się w jednej z nich rozmawialiśmy z właścicielami gospodarstwa rolnego Rucińscy – młodymi ludźmi z ambicjami, pasją i działalnością, która stała się ich sposobem na życie


Nie było łatwo spotkać się z naszymi bohaterami. Termin ustalała pogoda. Jeśli była dobra, bezdeszczowa, niestety nie było szans na spotkanie. Wtedy nasi rolnicy zajęci byli żniwami i pracą w gospodarstwie. Przyszedł jednak deszczowy piątek i udało mi się przeprowadzić reportaż.
Wólka Kikolska to wieś w gminie Pomiechówek. Od szosy na Serock trzeba skręcić w lewo i przejechać około 3 km, by w miejscu, gdzie kończy się asfalt skręcić w główną drogę prowadzącą przez wieś. Wieś obecnie zamieszkuje około 90 osób.

Od pokoleń w rękach rodziny

Gospodarstwo Państwa Rucińskich jest od pokoleń w rękach ich rodziny. – Mój tata z mamą przejęli ziemie od moich dziadków. Następnie ja z żoną Iwoną odziedziczyliśmy gospodarstwo po moich rodzicach. Wspólnie tu mieszkamy i jestem wdzięczny rodzicom, że ciągle chcą nam pomagać. To ich wydatna praca w gospodarstwie pozwala mi na pracę zawodową i prowadzenie działalności społecznej – powiedział nam Marcin Ruciński, który jest sołtysem wsi i jednocześnie pełni funkcję radnego w Radzie Gminy Pomiechówek.
Na podwórku widać zabudowania gospodarcze, w których hodowane jest bydło. Maszyny stojące w obejściu świadczą o tym, że tu się nie tylko odpoczywa. – Całe gospodarstwo to ok. 20ha, z czego część ziemi jest oddalona od domu o kilkanaście kilometrów. Zajmujemy się głównie hodowlą bydła opasowego i potrzebujemy je czymś wykarmić. Stąd dużą część ziemi przeznaczamy na łąki i hodowlę zbóż. Od kilkudziesięciu lat prowadzimy uprawę truskawek. Nie jest to produkcja przemysłowa, a raczej na potrzeby własne i osób chcących zakupić ekologiczne, naturalne owoce. Ograniczamy nawożenie truskawek sztucznymi nawozami. Pozwalamy im, aby same dojrzały w letnim słońcu. Wykorzystujemy przede wszystkim obornik od naszych krów. Przeznaczamy na truskawki około pół hektara, by móc we własnym zakresie zadbać o plantacje i zebrać owoce bez konieczności zatrudniania kogoś z zewnątrz – wyjaśnia nam gospodarz.
Żałuję, że spóźniłam się i już jest po truskawkowym sezonie. Ale obiecałam sobie i gospodarzom, że za rok przyjadę na zbiory. Już wcześniej miałam okazję spotkać naszą gospodynię na targu w Pomiechówku, gdzie sprzedaje swoje wyroby pochodzące wprost z ich gospodarstwa. To sery podpuszczkowe z mleka od ich własnych krów.

Sery nie tylko pięknie się prezentują, ale i wyśmienicie smakują

– Wyrabianiem serów na własne potrzeby zajęliśmy się już jakiś czas temu. Od początku tego roku korzystając z możliwości ustawy dla małych producentów żywności postanowiliśmy wyjść z naszą produkcją do konsumentów. Ogłaszamy się w mediach społecznościowych i cyklicznie jesteśmy na targu w Pomiechówku w każdą sobotę. Mamy już stałe grono odbiorców, niektórzy zamawiają dla siebie specjalne smaki serków – wyjaśnia mi pani Iwona.
Bym przekonała się na własne oczy gospodarze prezentują mi pojemniki pełne serów podpuszczkowych w różnych wersjach smakowych. Są naturalne, z czosnkiem, czarnuszką i kozieradką, z suszonymi pomidorami, czosnkiem i bazylią – wyglądają smakowicie. Oczywiście chcę się dowiedzieć jak wyrabiane są serki.
– To cały proces, w którym asystuje mojemu mężowi. Mleko oczywiście pochodzi od naszych krów, które staramy się karmić w jak najbardziej naturalny sposób. W tej chwili mamy dwie mleczne krowy i to wystarczy na aktualne nasze potrzeby. Serki wyrabia się z surowego mleka, które jest podgrzewane do temperatury 40ºC. Gdy temperatura spadnie do 38ºC dokładnie tyle nie mniej nie więcej, dodawana jest do mleka sól i podpuszczka. Gdy cała masa zaczyna gęstnieć i sztywnieje robi się konsystencja mniej więcej gęstego budyniu wtedy wkracza mój mąż, który jest specjalistą w ocenie czy proces już można zakończyć – dodaje gospodyni.
– Oczywiście to kwestia doświadczenia własnego, które nabyłem przy produkcji serków. Jak już wiem, że konsystencja jest odpowiednia to kroimy masę na kostki i układamy w specjalnych pojemniczkach. Potem trafiają na dojrzewanie. To trwa 2-3 dni. Latem przechowujemy je w lodowce, zimą dojrzewają w specjalnym nieogrzewanym pomieszczeniu. W tym czasie wydziela się z nich serwatka a serek nabiera swojej twardości. Nasze zwierzęta objęte są stałym nadzorem weterynaryjnym, a produkcja odbywa się pod nadzorem Powiatowego Lekarza Weterynarii – wyjaśnia Pan Marcin.

Życie w zgodzie z naturą i ludźmi

Jadąc do moich bohaterów zastanawiałam się, jak żyje się w tak niewielkiej społeczności, z dala od miejskiego zgiełku oraz wygód i rozrywek, które proponuje miasto. We wsi nie ma lekarza, przedszkola czy nawet sklepu.
– W obecnych czasach to żaden problem. Wszyscy mamy samochody i w razie potrzeby możemy dojechać tych kilkanaście kilometrów. Wólka Kikolska to wieś, która słynie z hodowli i produkcji mięsnej. W naszej wydawałoby się małej wsi mamy trzy masarnie. Wieś bardzo rozwinęła się poczynając od lat 80-tych. Wtedy gospodarze zaczęli się specjalizować i u nas padło na hodowlę świń i bydła. Teraz to już małe zakłady z tradycjami – mówi Pan Marcin. Zastanawia mnie, jak radzi sobie jego żona, która zajmuję się nie tylko sprzedażą serów ale całym domem i dwójką małych córeczek, a niebawem trójką.
– Ja nie narzekam. Marcin w tygodniu pracuje w Pomiechówku. Ja razem z dziećmi zostajemy w domu. Tu zawsze jest coś do zrobienia. Prócz truskawek i serków mamy jeszcze ogródek warzywny. Wszystko co jest mi potrzebne potrafimy sami wyhodować. Mamy króliki, z których najbardziej cieszą się dziewczynki. W tym roku planujemy jeszcze zakup kur by mieć jajka z pewnego źródła. Poza tym tu jest wspaniała społeczność. Nieskromnie powiem, że w dużej mierze to zasługa mojego męża, który będąc sołtysem stara się integrować i angażować mieszkańców we wspólne działanie na rzecz wsi. My panie też jesteśmy aktywne. Od 2019 działa u nas Koło Gospodyń Wiejskich „Wólczynianka”, którego mam zaszczyt być wiceprzewodniczącą– mówi z dumą pani Iwona.

Króliki to ulubione zwierzątka dziewczynek

Marcin Ruciński został po raz pierwszy sołtysem 10 lat temu. Miał wtedy 24 lata i był najmłodszym sołtysem w gminie. Mieszkańcy wsi ani myślą zwolnić go z tej funkcji.
– Jeśli swoimi pomysłami potrafię zarazić innych to tylko bardzo się z tego cieszę. To, że nasza wieś jest zgodna, zintegrowania i ludzie chcą razem działać to nie tylko moja zasługa. Czuję, że mieszkańcy mocno mnie wspierają i jestem im za to wdzięczny. Najlepszym dowodem na to, że panuje u nas dobra sąsiedzka atmosfera są dożynki. Wiele osób pracuje przy ich organizacji. Po uroczystościach głównych w kościele w Pomiechowie, od kilku lat spotykamy się na terenie naszej świetlicy wiejskiej gdzie organizujemy dożynkowy piknik. Proszę mi wierzyć, jest wtedy cała wieś – cieszy się sołtys.
Będąc na dożynkach w Pomiechowie nie raz miałam okazję podziwiać okazałe wieńce dożynkowe, które prezentują wszystkie wsie. Zawsze zastanawiało mnie ile pracy trzeba włożyć w wykonanie tak misternego cuda. Moje wątpliwości rozwiał pan Marcin.

Wieniec dożynkowy. Dzieło Pana Marcina

– Gdzieś od maja zaczynam zbierać kwiaty, zioła i zboża do wykonania wieńca. Kiedyś zdarzyło mi się przechowywać wieniec, który ktoś zrobił i niefortunnie upadł i połamał się. Wtedy przyjrzałem się dokładnie całej konstrukcji i starałem się zapamiętać jak to jest zrobione. Od kilku lat sam wykonuję nasz wieniec na dożynki. Zajmuję mi to około tygodnia pracy, jednak dzięki temu wiem, że nasza wioska ma niepowtarzalny wieniec, a ja nabyłem nową umiejętność florysty – śmieje się pan Marcin.
Nie ukrywam, że zaskoczył mnie tą wiadomością. Raczej taką pracę przypisałabym skrupulatnym paniom a nie młodemu mężczyźnie.
Nie tylko ten fakt zaskoczył mnie podczas wizyty u Rucińskich. Odkryłam, że prowadzenie gospodarstwa rolnego to całodobowy dyżur, a nie praca na etat. Tu nie zaplanujesz sobie co dziś masz zrobić, bo np. aura zdecyduje inaczej. Tu nie zamkniesz komputera i nie powiesz „na dziś koniec”, bo może się okazać, że w środku nocy potrzebna będzie interwencja przy zwierzętach. Jednak tu można też realizować swoje pasje, ciągle uczyć się czegoś nowego, dbać o wspólnotę i dobre relacje między mieszkańcami i nie poddać się rutynie dnia codziennego. Tu każdy dzień może być inny. Zaopatrzona w zapas serków wróciłam do mojej nowodworskiej rzeczywistości i zatęskniłam za wakacjami u babci na wsi. Ten czas już nie wróci, ale cieszę się, że mogłam poznać bliżej życie młodej rodziny i zaobserwować radość, którą czerpią z miejsca, skąd wyrośli i mają chęć to miejsce zmieniać na lepsze. Serki smakowały wyśmienicie podczas niedzielnego śniadania.
Bardzo dziękuję Państwu Rucińskim za poświęcony mi czas i możliwość realizacji tego materiału.

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *