Facebook

On nie liczy godzin i lat

2016-03-03 2:01:46

Andrzej Rybiński – o sobie, Eurowizji i 40 latach na scenie.

Tygodnik Nowodworski: Jest Pan na scenie już ponad 40 lat. Czy rzeczywiście nie liczy Pan godzin i lat?
Nie liczę, bo to nie ma sensu. Przyjdzie czas, to i tak nas policzy. Czas to jest pojęcie względne. Dla jednych 10 lat to jest strasznie długo, dla drugiego 10 lat jest jak mgnienie. Ja chyba do tych drugich należę. Ten czas pędzi mi strasznie szybko, ale przy okazji, pokonując ten czas, coś się w tym moim życiu dzieje. I jest fajnie.
Jak Pan ocenia z perspektywy czasu te swoje 40 lat?
Generalnie oceniam bardzo pozytywnie. Wiadomo, że nie jest tak, że cały czas to jest góra, góra, góra. Koniec lat 80-dziesiątych to był straszliwy spadek kondycji, narodu, muzyki i sztuki w ogóle. Sporo tego czasu spędziłem w Ameryce grając w polonijnych klubach, a potem grałem bardzo dużo koncertów na olbrzymich promach pływając po całym świecie. To były takie promy, gdzie windy wjeżdżały na 14, 15 piętro, to były olbrzymie miasteczka pływające. Mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że to były fantastyczne lata mojego życia.
W czasie całej swojej kariery zagrał Pan mnóstwo koncertów na całym świecie – wystąpił Pan między innymi w Austrii, Belgii, Stanach Zjednoczonych czy w Bułgarii. Która publiczność jest najlepsza? Ta nasza polska, czy właśnie ta spoza naszych granic?
Polska, bo wszystko doskonale rozumie. Grałem kilka imprez w Ameryce, oczywiście w polonijnych klubach, tamci ludzie również fantastycznie przyjmowali te wszystkie moje piosenki. Byłem tam w 1987 roku. W Chicago powstała polska telewizja „Polvision”. Na tej stacji wyświetlali moje teledyski. Muszę powiedzieć, że na ulice tam nie mogłem wyjść, bo byłem często rozpoznawany, bardziej szarpany niż w Polsce. Strasznie fajnie było. Ja się cieszę i uważam, że dobrze jest, kiedy ludzie wiedzą, o czym śpiewam, a polska publiczność właśnie taka jest. Z drugiej strony grałem koncerty również w Afryce, na olbrzymich stadionach dla czarnych ludzi, którzy nie mieli pojęcia, o czym śpiewam, a jednak muzyka chyba przekazuje jakieś emocje, bo reagowali tak, jakbym chciał, żeby reagowali, czyli bardzo żwawo i żywo.
Najbardziej znaną Pana piosenką jest „Nie liczę godzin i lat”? Jak powstał ten utwór?
Piosenka ta powstała dokładnie 33 lata temu, po rozpadzie zespołu Andrzej i Eliza. W tamtym czasie nie do końca wiedziałem, co robić, jak robić, jak się z tym wszystkim pogodzić. Wtedy przygotowałem tę piosenkę. Koledzy, na przykład Wojtek Trzciński, który był dyrektorem muzycznym Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1983 roku, powiedzieli mi, że to jest bardzo dobra piosenka. Zaśpiewałem, dostałem główną nagrodę ex aequo ze „Szklaną pogodą” Lombardu. Ta piosenka, jak widać, jest ponadczasowa. Cały czas ją śpiewam i nie wyobrażam sobie, żebym mógł zagrać jakiś koncert bez tej piosenki. Ten hit mi się udał. Tak mogę powiedzieć <śmiech>.
Czy dostał Pan kiedyś propozycję udziału w Eurowizji?
Nie. Wtedy, kiedy ja byłem u szczytu, to nie było zaproszeń Polski do Eurowizji. Teraz jestem już, delikatnie rzecz biorąc, za stary.
W tym roku to widzowie, już 5 marca, zdecydują, kto pojedzie reprezentować nasz kraj do Sztokholmu. Czy słyszał Pan piosenki artystów, którzy zgłosili się do wzięcia udziału w tym konkursie?
Słyszałem jedną piosenkę – Natalii Szroeder, o której wszyscy mówią, że jest do czegoś podobna. Powiem szczerze, że nie jestem przekonany do tego, że to publiczność powinna decydować o tym, który piosenkarz pojedzie na Eurowizję. Eurowizja jest specyficznym rodzajem festiwalu. Wydaje mi się, że Polska na arenie międzynarodowej nie jest specjalnie lubiana. Proszę zauważyć, jak się odbywają głosowania – mimo że Związek Radziecki się rozpadł, to jedna republika głosuje na drugą, a my jesteśmy zawsze gdzieś wyautowani. Wtedy, kiedy Edytka Górniak zaśpiewała pięknie „To nie ja byłam Ewą”, to było jeszcze cudownie, bo byliśmy wszędzie na świeczniku, w sensie politycznym. Edyta była druga, a ja wiem, dlaczego nie była pierwsza – bo właściwie wszyscy wiedzieli, że będzie pierwsza – ale względy jakieś formalne spowodowały, że nie było tego sukcesu. Tam się nie da pokazać czegoś interesującego w sensie takim, co może być cechą charakterystyczną dla Polski, poza ludowizną, tak jak chociażby to, co pokazał Donatan i Cleo. Czy to się komuś podobało, czy nie, ja uważam, że wybranie tej piosenki na ten rodzaj festiwalu to była dobra decyzja. Nie wiem, co będzie w tym roku. Tak jak mówię, słyszałem piosenkę Natalii Szroeder, która jest piosenką jedną z wielu. Chcąc wygrać Eurowizję, trzeba pokazać coś, co będzie szalenie charakterystyczne dla Polski. Trzeba jeszcze podbić serca tych wszystkich ludzi słowem i hasłem „Polska”.
Ma Pan zawód, który ciężko jest połączyć z życiem rodzinnym. Hotele, długie trasy koncertowe. Uległ Pan pokusie?
Nie odpowiem <śmiech>. Muzyka jest muzyką. Ludzie ciągle ulegają pokusom
Jaki jest Pański muzyczny cel, do którego dąży Pan za wszelką cenę?
Moim celem muzycznym jest to, żebym mógł jak najdłużej wykonywać ten zawód, ciągle podobać się publiczności. Cały czas robię nowe piosenki. Ciągle coś wypuszczam w internecie. Liczę, że coś jeszcze uda mi się osiągnąć.
Na koniec chciałbym zapytać, czy miał Pan „plan B” na życie? Co by Pan robił, gdyby nie zajął się Pan muzyką?
Nie mam i nigdy nie miałem „planu B”. Gdybym nie zajmował się muzyką, to nie mam pojęcia, co bym robił.
Dziękuję za rozmowę.
Bardzo dziękuję.

Adam Balcerzak

Podobne artykuły

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *