Facebook

NOWY DWÓR MAZ. Z tych pleców będą owoce

2021-10-07 1:12:27

Pomimo rozlicznych obowiązków, treningów, zawodów i udziału w imprezach charytatywnych naszej olimpijce w kanadyjkach Dorocie Borowskiej udało się znaleźć czas, by spotkać się z mieszkańcami Nowego Dworu Mazowieckiego. Rozmawialiśmy nie tylko o sporcie i sukcesach Doroty, ale też o tym jak wygląda jej codzienne życie


Warto było posłuchać teściowej

Dorota Borowska pochodzi z Twierdzy. Tam mieszka do tej pory wraz z rodziną. Jeszcze podczas nauki szkolnej Dorota uczęszczała do świetlicy TPD w Modlinie, gdzie za namową teściowej jej obecnego trenera Mariusza Szałkowskiego (Stanisława Niesiobędzka) udała się na pierwszy trening.
– Moim pierwszym treningiem był basen. Dałam radę go skończyć i pamiętam jak byłam z tego bardzo zadowolona. A że już taką mam naturę, że jak coś zacznę to jestem systematyczna, to dość szybko udało mi się osiągnąć duży postęp. Równolegle pani Stasia musiała namawiać trenera, aby przyjął mnie do sekcji. Na początku twierdził, że jestem już za stara – wspominała pani Dorota.
– Tak, to wszystko prawda, teraz nie żałuję, że posłuchałem teściowej – dodał trener. – Mnie przede wszystkim przekonał upór samej Doroty. Po pewnym czasie okazało się, że nigdy nie opuściła żadnego treningu, zawsze była na czas i z wielkim entuzjazmem podchodziła do zadań. To przekonało mnie, że z tej mąki będzie chleb. Bo w sporcie wyczynowym liczy się przede wszystkim systematyczność.
Jak wspomniał trener Mariusz Szałkowski, na osiągnięcie obecnych wyników złożyły się lata pracy. Na szczęście w Nowym Dworze były bardzo dobre warunki do treningów i nasza sportsmenka bardzo szybko nadrobiła czas, który straciła w związku z tym, że później niż inne zawodniczki weszła w świat sportu wyczynowego. To nie tylko talent, ale i praca. Nie każdy może być mistrzem. Ważna jest genetyka i warunki fizyczne. Jednak przede wszystkim liczy się systematyczna praca.
– W 2014 roku odniosłam swój pierwszy poważny sukces. To był brązowy medal Mistrzostw Polski. Do tamtej pory traktowałam sport jako taką odskocznię od rzeczywistości. Był to dla mnie odpoczynek psychiczny (choć nie fizyczny) od życia codziennego. Wraz z tym pierwszym medalem przyszła myśl, że chcę osiągnąć coś więcej. I wtedy zaczęłam marzyć o olimpijskim medalu. Nie wiem ile ich zdobyłam do tej pory, nawet mogę się przyznać, że nie mam w domu takiego szczególnego miejsca na trofea. Medal cieszy mnie najbardziej w momencie kiedy jest wieszany na szyi. Potem staje się dla mnie pamiątką i nie przywiązuję do swoich krążków tak dużej wagi – wyjaśniła kajakarka.

„Kanadyjki” po raz pierwszy na Olimpiadzie

Na tegorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Tokio po raz pierwszy wśród pań odbywały się rywalizacje w dyscyplinie, którą trenuje nasza zawodniczka, czyli w kanadyjkach. Sama nazwa dyscypliny wywodzi się od dawnych łodzi indiańskich canou. Technika pływania znacznie różni się od kajaków. Łódź jest węższa, wiosłuje się tylko po jednej stronie klęcząc na jednym kolanie. Aby utrzymać prosty bieg łodzi na torze, wiosłem trzeba jednocześnie sterować.


– Mogę powiedzieć, że do Igrzysk trenuję już od ośmiu lat. Na trzy tygodnie przed Olimpiadą pojechaliśmy już do Japonii na zgrupowanie. Treningi odbywały się w pięknej miejscowości Ena-shi. Jednocześnie odbywała się tam nasz aklimatyzacja do temperatury i wilgotności, która panowała w Japonii – powiedziała Dorota.
– Dodam jeszcze, że wcześniej byliśmy na trzytygodniowym zgrupowaniu w Portugalii. Oba te okresy zaliczały się do tzw. bezpośredniego przygotowania sportowego, kiedy wysiłek zawodników musi być maksymalny, na najwyższych obrotach. Jest to ciężki czas dla sportowców, bo przy tak dużych obciążeniach mogą zdarzyć się kontuzje – powiedział trener. – Żałuję, że w tej ostatnie fazie przygotowań już w Japonii organizator zdecydował nie wpuszczać na tor trenerów. Problem polegał na tym, że tor mając 2000 m, a do zawodów było wykorzystywane tylko pół, to trenerzy nie byli wpuszczani na trening. Dorota wypływała sama, ale ja nie mogłem w tym uczestniczyć w tych końcowych przygotowaniach – wyjaśnił M Szałkowski.
Dorota Borowska w wyścigu olimpijskim zdobyła 4. miejsce przypływając za brązową medalistką 0,08s, czyli dosłownie milimetry dzieliły ją od medalu. Pomimo tego, że polscy kibice uważają start Doroty za ogromy sukces, ona sama czuje niedosyt.
– Żaden zawodnik ze sportowymi ambicjami nie uzna czwartego miejsca za sukces. Po jakimś czasie na pewno czuję satysfakcję, ale tuż po ogłoszeniu wyników było mi bardzo żal, że zabrakło tak bardzo niewiele – powiedziała Dorota.
Nie wszyscy kibice zdają sobie sprawę, że na ostateczne wyniki zawodników wpływa wiele czynników. Są to też warunki atmosferyczne panujące w chwili zawodów na torze. Jako, że nasza mistrzyni pływa wiosłując z prawej strony dla niej najlepszym wiatrem jest właśnie wiatr prawy. Lewy wiatr praktycznie może przekreślić szanse na wygraną. Wtedy zawodnik musi więcej sterować, co zabiera mu czas na mocne pociągnięcia. – Dorota wiosłuje tempem 96 pociągnięć na minutę nawet do 100. Gdy musi do tego dołożyć ruch sterujący, to tempo od razu spada do 80 pociągnięć i łódka traci na prędkości – wyjaśnił zgromadzonym trener. Dowiedzieliśmy się, że zarówno zawodniczka jak i trener mają swoje rytuały startowe. – Zawsze przed startem zmieniam plastry na wiośle, żeby mieć nowe. Trener natomiast czyści łódkę. Robi to tak precyzyjnie, że przeciera kadłub, chyba w tempie miliona razy na godzinę – z uśmiechem powiedziała zawodniczka.

300 dni poza domem

Usłyszeliśmy, że Dorota spędza osiemdziesiąt procent czasu w roku poza domem. Z tego czasu, który pozostaje jej do dyspozycji większość chwil poświęca… na sport. Lubi spędzać czas ze swoim czworonożnym przyjacielem Tedim.
– Bardzo cieszę się, że na niektóre wyjazdy trener pozwala mi zabrać psa. Wtedy mój dzień treningowy powiększa się jeszcze o spacery z Tedim. Rozluźniają mnie takie momenty. Teraz kiedy mam trochę wolnego chciałam pojechać na wakacje właśnie z psem. Trener się trochę krzywi, mówiąc, że jestem za mało doświadczonym kierowcą – podzieliła się swoimi planami Dorota.
Nawet jak Dorota ma wolne to nie zaniedbuje treningów. Chodzi na siłownie, na basen. – Właściwie to muszę przyznać, że jedynym dniem dla mnie w czasie wolnego jest niedziela. Chcę ją wtedy spędzić z rodziną i najbliższymi. Znajomości koleżeńskie odchodzą na drugi plan tym bardziej, że praktycznie wszystkie stare przyjaźnie się rozmyły z braku czasu. Mam fajne stosunki z zawodniczkami z innych państw. Wymieniamy się doświadczeniami, rozmawiamy podczas wspólnych posiłków. Różnie to bywa w naszej polskiej kadrze. Tu jednak da się wyczuć ten element wewnętrznej rywalizacji, a w takiej atmosferze ciężko o przyjaźnie. Na pewno nie spędzam czasu jak typowa młoda dziewczyna. Nie chodzę na ploteczki z koleżankami. Żal mi czasu na wielogodzinne zakupy w centrach handlowych, robię zakupy szybko i kupuję tylko to, co niezbędne – zwierzyła się sportsmenka.

Rada dla młodych

Na koniec spotkania nasza mistrzyni zwróciła się do młodych osób obecnych na sali.
– Z mojego doświadczenia chciałabym przekazać Wam, że systematyczność to jest początek wszystkiego. Jeśli chcecie dojść do założonego celu, musicie być systematyczni. Czy to dotyczy nauki języka, czy skoków na skakance musi to być konsekwentne. Jeśli zabraknie systematyczności, to się po prostu nie uda – podkreśliła mistrzyni.
Kluczowe słowa, które codziennie słyszy Dorota od swojego trenera to dawaj… do końca. Do końca możliwości jakie każdy w sobie ma.
Bardzo dziękujemy zarówno Dorocie Borowskiej jak i trenerowi Mariuszowi Szałkowskiegu za poświęcony czas i cierpliwość w odpowiedziach na wszystkie pytania. Życzymy dalszych sukcesów i pamiętając, że kolejna Olimpiada już za trzy lata, czekamy z niecierpliwością na emocje, których zapewne dostarczy nam nasz nowodworski team.

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *