Facebook

NOWY DWÓR MAZ. Są wśród nas – ludzie i ich pasje

2019-08-18 2:32:24

Im więcej mam lat tym bliższa jest mi refleksja, że nasze życie napędzają marzenia, a one rodzą się z pasji, zajawek, „koników”, uwielbienia i zaangażowania, które dają emocje i siłę do lepszego traktowania codzienności

Gdy w redakcji próbujemy „nakręcić się” na nowe tematy, motorem do mojego działania jest… redaktor naczelna. Podczas burzy mózgów pewnego dnia mówi do mnie: zrób cykl o ludziach z pasją, którzy mieszkają w Nowym Dworze. Poszukaj, poznawaj, rozmawiaj. Dasz sobie radę. Z pewną taką nieśmiałością zacznę od dziś, a czy mi się uda ocenicie sami.

Gosi podróże małe i duże

Na pierwszy ogień wystawiłam Gosię. Poznałam ją 3 lata temu w grupie fotograficznej w Pomiechówku. Już wtedy zorientowałam się, że ta kobieta ma w sobie coś zaskakującego. Jakby miała jakieś iskierki, które ją parzą od środka i powodują, że nie jest w stanie usiedzieć na miejscu. Po kilku rozmowach nie miałam wątpliwości – to podróżniczka.

Jak sama mówi, wszystko zaczęło się dość wcześnie.

– Jeszcze w podstawówce były kolonie, obozy harcerskie potem obozy młodzieżowe i samodzielne wyjazdy z grupą znajomych. Nigdy nie miałam problemu, że coś mi się nie podoba. Dla mnie taki wyjazd mógł się nigdy nie kończyć. Przywykłam do różnych wariantów, już wtedy zrozumiałam, że w podróży możesz spotkać się z niewygodą, fatalną pogodą, przemęczeniem i innymi niesprzyjającymi warunkami. To wszystko być może zahartowało mnie na przyszłość – mówi Gosia.

Myślę, że rozumiem ją doskonale, obie spędzałyśmy dzieciństwo w latach osiemdziesiątych i mamy podobne spostrzeżenia. Nie było łatwo, ale dla nas – dzieci, zabawnie i zawsze w dobrych relacjami z innymi ludźmi.

Gdy zaproponowałam Gosi, że chcę napisać tan materiał spotkałam się z jej wielkim zaskoczeniem, wręcz zdziwieniem. Nie mogła uwierzyć, że jej osoba może stać się inspiracją.

– No co ty, przecież nie robię nic wielkiego? Mam od kilkunastu lat taki mój plan w głowie. Raz w roku musi być: daleka podróż, bliższa podróż i jakaś stolica lub inne piękne miasto w granicach Europy. Tego nie odpuszczam. Nie omijam też naszego pięknego kraju, sama wiesz i chyba miło wspominasz nasze wypady do Wrocka czy na Podlasie. Do tego trafiają się też tzw. wyjątkowe okazje. Nie darowałabym sobie, aby nie kupić biletu lotniczego do Bazylei za 70 zł w obie strony. Lotnisko w Modlinie jest moim zbawieniem. Oczywiście nie wszystkie swoje podróżnicze wyprawy mogę realizować z Modlina, nie mniej jestem bardzo zadowolona, że jest pod moim nosem. Nie mogę odżałować lotów krajowych do Wrocławia i Gdańska, kiedy włączał się totalny spontan i można było polecieć na kolację na Ostrowie Tumskim lub na moją ulubioną ul. Mariacką w Gdańsku. Wcześniej dużo podróżowałam po Polsce, jednak wtedy wyjazdy organizowane były pod kątem mojego syna. To nauczyło mnie planowania i przygotowania do różnych nietypowych sytuacji, które zawsze mogą spotkać mnie w drodze, szczególnie gdy byłam z małym dzieckiem – opowiada Gosia.

Lecę bo chcę…i lubię

To, kiedy zaczęły się te dalsze podróże pamięta bardzo dobrze. Po kilku latach zwiedzania Europy, gdzie ma swoje ulubione miejsca np. Toskanię, przyszedł czas na spełnienie dużego marzenia.

– Dalsze podróże zaczęły się dla mnie jak dorósł mój syn. Jak byłam już na etapie, że w Europie robiło mi się ciasno, przyszła kolej na Azję. Oczywiście i w europejskich eskapadach spotykały mnie przygody. Bardziej lub mniej ekscytujące. Wówczas nie narzekam, a mówiłam, że będzie o czym opowiadać. Gdy raz odwołano mi lot, a cała podróż była już zaplanowana, musiałam szukać alternatyw. To miało swoje dobre strony, gdyż tym sposobem śniadanie jadłam w Wenecji, obiad w Paryżu a na kolację przyleciałam do Warszawy. Z moich pierwszych dalekich wypraw pierwsza była Sri Lanka. I od tego czasu zaczęła się miłość do Azji. Zawsze bardzo pragnęłam zobaczyć Chiński Mur. Nie zapomnę do końca życia tego uczucia, gdy będąc już w Chinach, wszystko mogłam dotknąć, zobaczyć na własne oczy a to, co zawsze fascynowało mnie gdy oglądałam zdjęcia lub w filmy, było na wyciągnięcie ręki. Uwierz mi podróże mogą dać wiele. Łączą ludzi, kształcą a przede wszystkim dają możliwość poznać samego siebie. Robisz rzeczy spontaniczne, czasem szalone, które mogą cię zaskoczyć. Np. ja nie stronię, wręcz uwielbiam jedzenie z ulicznych straganów, od ludzi, którzy są kolorytem i prawdą miejsca, w którym akurat jestem. I wbrew ostrzeżeniom nigdy nic mi się nie stało, a miałam okazję skosztować prawdziwych lokalnych przysmaków – relacjonuje Gosia.

Trochę trudno mi w to uwierzyć, kiedy przede mną siedzi elegancka kobieta, na co dzień pracująca w branży finansowej, że któregoś dnia przeistacza się w dziewczynę z kucykiem i biega w trampkach wśród tajskich małpek, ale taka jest prawda o Małgosi. Po Chinach udało jej się jeszcze zwiedzić; Tajlandię, Malezję, Singapur – którego nowoczesność i architektura zrobiła na mojej bohaterce piorunujące wrażenie. Kiedy opowiada mi o Gardens by the Bay nad zatoką Marina w Singapurze, robi to z taką pasją, że przenosi mnie w ten futurystyczny świat zadziwiających budowli, pięknych ogrodów i imponujących sztucznych drzew, jakby z przyszłości. Wtedy myślę o tym, że chciałabym z nią pojechać w swoją podróż życia. Wyjawiam, że to kilkutygodniowa eskapada Koleją Transsyberyjską aż do Władywostoku. Oczywiście dostrzegam błysk w jej oku, a za tydzień Gośka już wie wszystko o takiej wyprawie.

Zatrzymać te chwile na zawsze

Z własnych doświadczeń wiem, że ludzie, którzy robią zdjęcia podczas swoich podróży mogą być nieco uciążliwi dla pozostałych. Ciągle trzeba na nich czekać, oglądać się gdzie są i czy nie znikną gdzieś nagle w labiryncie uliczek jakiegoś obcego miasta. Gosia ma tysiące zdjęć ze swoich podróży. Jedne piękniejsze od drugich, bo ma talent do wyłapywania „tych właściwych momentów” i zjednywania sobie ludzi swoim uśmiechem i życzliwością.

– To fakt, fotografia pozwala mi dostrzec więcej. Jestem bardziej uważna, skupiona i zaglądam tam gdzie ktoś inny by nie zajrzał. Wiele razy moi współpodróżnicy oglądając zdjęcia z naszych wspólnych wypadów mówią do mnie „o Boże to ja tam z tobą byłam? Nie pamiętam tego, chyba tego nie zauważyłam”. Cieszę się wtedy, że mogą sobie uzupełnić swoją podróż moimi kadrami. Ja również poprosiłam o możliwość wydrukowania kilku fotografii tak, żeby podzielić się światem mojej bohaterki nie tylko w słowach, ale i w obrazach.

Kiedy siedzimy godzinami i oglądam te piękne zdjęcia z różnych zakątków, jedną nogą jednak stąpam po twardej ziemi. Zastanawiam się czy można pojechać na „koniec świata” i nie spłacać potem takiej decyzji przez następny okrągły rok?

– Znalazłam swój sposób na ekonomiczne podróżowanie i łapię okazje. Zaczynam od wyszukiwania lotów. Jeśli uda mi się tanio wykupić lot cała reszta stanowi już tylko niewielki odsetek. Bywają też inne sytuacje – oferty czasami znajdują mnie, np. w taki sposób udało mi się polecieć na Zanzibar. Była to po prostu okazja, niekoniecznie zaplanowana na ten rok, ale grzechem było z niej nie skorzystać. Tym bardziej, że to właśnie tam zobaczyłam najpiękniejsze plaże i chodziłam podczas odpływów po dnie oceanu, jadłam najlepsze papaje. Z kolei jedzenie w krajach azjatyckich jest najlepsze na świecie, a do tego bardzo tanie. Najlepszy Pad Thai jadłam w Tajlandii, owoce morza w Malezji, a ciekawe smaki lokalnych dań w Singapurze w ulicznych barach, które mogłyby z powodzeniem poszczycić się Gwiazdką Michelin. Dosłownie za przysłowiowych kilka dolców jesteś w stanie zjeść cały obiad. Poza tym, już po kilku podróżach uczysz się, na co warto wydać pieniądze, a z czego można zrezygnować. Z moich wypraw zdarza mi się przywozić pamiątki np. ostatnio w postaci pięknych figurek Masajów, które ostatecznie wylądowały na półce w domu mojego syna. Dlatego ograniczam takie wydatki. Kupuję sobie jedną, oryginalną rzecz, jakąś ręcznie tkaną chustę lub coś z biżuterii, a reszta to fotografie i wspomnienia, które przewozisz bez cła, a są najcenniejsze z wszystkich pamiątek. Sama widzisz, że nie mam wszystkiego zaplanowanego od A do Z. Choć… gra w literki staje się powoli moim ulubionym sposobem na podróżowanie. Np. poprzedni rok był pod hasłem literki M. Wyjechałam do Meksyku, Madrytu i zwiedziłam… Malbork – opowiada Gosia.

Po tym wyznaniu dochodzę do wniosku, że szybciej i poważniej muszę przygotować się na to, że Gosia wymyśli sobie niebawem literkę W (Władywostok). Jeśli nie będę zdecydowana,  ona pojedzie tam beze mnie. Tak już ma. Spakuje się w czerwoną walizeczkę, znajdzie tani lot do Moskwy i ruszy na „szerokie tory”. Pozostanie mi tylko potem oglądać zdjęcia znad przepięknego Bajkału.

Północna Tajlandia. W wiosce plemienia Padaung

Kuala Lumpur w Malezji

Singapur i kosmiczne ogrody

Wioska na Zaznibarze

Wielki Mur Chiński

Wielki Mur Chiński

„Żółte miasto” w Meksyku

Małgorzata Mianowicz

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *