Facebook

NASIELSK. Grunt to rodzinka

2020-06-19 12:02:27
Prawda ponoć jest jak zadek. Każdy ma swoją i na swojej siedzi, swojej prawdy strzeże i w swoją prawdę wierzy. Gdy jednocześnie zamyka się uszy na prawdę bliźniego, a walczy w każdy grosz i to niekoniecznie swój, konflikt nie tylko wisi na włosku, ale z całym ciężarem spada na głowy. Bywa, że spada na głowy także dzieci z najbliższej rodziny


Jak to było…

Andrzej i Ewa Matuszewscy nigdy nie mieli lekko. Razem od 17 lat walczą o przetrwanie. On, człowiek z bagażem małżeńskich doświadczeń, nawet o parę lat wcześniej. Ponad dwie dekady temu rodzice – Tadeusz i Halina, pozwolili mu zamieszkać z żoną Agnieszką w ruderze stojącej na działce po zmarłej dawno temu Józefinie Mijalskiej. Rodzice ponoć kupili tę działkę od jednej z córek pani Mijalskiej, choć nie dysponowała ona jeszcze aktem własności ziemi, którą sprzedawała, która dodatkowo znajdowała się po sąsiedzku. Nie to jednak było i jest największym problemem.

Małżeństwo Andrzeja i Agnieszki nie trwało długo. O przyczynach jego rozpadu różne są opowieści, które do tej historii zapewne wiele by wniosły, gdyby można je było potwierdzić w niezależnym źródle. Tak czy inaczej, Agnieszkę 17 lat temu zastąpiła Ewa. Konflikt między żyjącymi przez miedzę ojcem a synem, jaki tlił się tam od dawna, dał znać o sobie znacznie mocniej. Ewa nie zamierzała ustępować teściom. W czterech ścianach, do których się wprowadziła, chciała się czuć jak u siebie w domu. Jednakże prawdziwa wojenka rozpoczęła się cztery lata temu. Wtedy to młodsi Matuszewscy postanowili ze swej rudery uczynić dom. Zabrali się do generalnego remontu.

Nasze dzieci zaczynały być coraz to starsze. Zaczęły się dopominać łazienki – wspomina Ewa Matuszewska. Z wygospodarowaniem miejsca na łazienkę związana jest konieczność przebudowy całego obiektu. Z pomocą młodym pośpieszyli samorządowcy i przedsiębiorcy. W doprowadzeniu wody dopomógł burmistrz Nasielska, radny Krzysztof Fronczak postarał się o sponsorów, a właściciel nasielskiej Mrówki dał w wyjątkowo dogodnych ratach materiały na centralne ogrzewanie. Mieszkanie piękniało, a rodzice Andrzeja zauważyli, że zaczyna ono stanowić jakąś wartość. Wartość, którą można by zagospodarować inaczej. Rozpoczęły się lata starań o przepędzenie syna, synowej i ich pięciorga dzieci, z których jedno jest niepełnosprawne.

Zaczepianie się, donosy czy wyzwiska połączone z ubliżaniem i groźbami stały się codziennością. W ostatnich tygodniach konflikt wszedł na wyższy poziom.

Teść uważa, że ta działka z wyremontowanym przez nas domem są jego własnością i może tu zrobić co zechce – mówi nam pani Ewa. – Wiosną wujek męża pomógł nam zaorać działkę, uporządkowaliśmy ją i posadziliśmy drzewka owocowe. Proszę sobie wyobrazić, że Andrzeja ojciec a dziadek dla naszych dzieci poszedł i pod naszą nieobecność te drzewa powyrywał! Przyjechała policja, ale nie mogli nic zrobić, gdyż status prawny działki jest ciągle nieuregulowany. Ja się boję wyjść z domu, bo przecież w każdej chwili teść może przyjść i  zniszczyć nam mieszkanie, które uważa za swoje – opowiada kobieta ze łzami w oczach.

Aby zobrazować sytuacje, przywołuje kilka scen rozgrywającego się dramatu. Oto, gdy ich córka, wchodząc w okres dorastania, chciała zacząć własne rządy, teściowie szybko skorzystali z okazji, aby poróżnić najbliższą rodzinę, a z rodziców nastolatki zrobić tyranów, znęcających się nad dzieckiem. Natomiast, gdy p. Ewa wiozła codziennie niepełnosprawnego syna do przedszkola, teściowa oferowała się, że przyjdzie z pomocą. Chciała zaopiekować się wnukiem za „jedyne” osiem złotych na godzinę.Sam p. Andrzej, mąż Ewy ma nie tylko złe zdanie o tym, co jego ojciec robi teraz, ale także o całym jego postępowaniu w przeszłości.

Dla ojca rodziną były gołębie, których miał kilkaset. Dzieci mało go obchodziły, a jeśli już się którymś z nas zainteresował, to po to tylko, aby skatować tym, co akurat wpadło mu do ręki.

Ze słowami tymi współgra to, co na ten temat ma do powiedzenia jego brat, Zbigniew:

Andrzej to taka dobra dusza, zawsze honorowy, zawsze chcący pomóc każdemu, kto tej pomocy potrzebuje. Pomagał też ojcu, był na każde jego zawołanie, choć dzieciństwa to my nie mieliśmy. Gdy inni się bawili, odpoczywali, my musieliśmy pracować. Wyzwiska i katowanie nas, a nawet grożenie nożem było na porządku dziennym. Ojciec uważał, że nasza pomoc mu się należy tu i teraz. Bez względu na to, czy ktoś miał w danej chwili czas czy nie. Jak raz młodszy brat sprzeciwił się w czymś, to tak dostał w głowę, że wyleciał na parę metrów w powietrze – opowiada mężczyzna. Zbigniew Matuszewski odnosi się także do współczesności:

– Ja bratu nie zazdroszczę mieszkać z ojcem przez płot. Nikomu nie życzę takiego sąsiedztwa. Proszę sobie wyobrazić, że ojciec potrafił im zimą wyłączyć prąd! On chce się ich pozbyć. Ojca stronę trzyma tylko Ania, jedna z naszych sióstr. To taka ukochana córka, na którą wszystko postawił. No i dobrze. My chcemy tylko, aby dał nam spokój. Mamy swoje życie, swoje prace, rodziny. Niczego od ojca nie potrzebujemy prócz tego jednego spokoju właśnie – zapewnia podkreślając jednocześnie, że działkę Andrzej otrzymał od swego ojca ponad 20 lat temu.

Zazwyczaj o tym, co dzieje się we wsi, najwięcej wie jej sołtys. Tym razem jednak sołtys Siennicy, p. Mirosław Stelmach uchylił się od odpowiedzi. Jego zdaniem trzeba mieć znacznie większą wiedzę na tak trudny temat, aby zabierać głos. Mimo to, kilkakrotnie podkreślił, iż w tak trudnej sytuacji interweniować powinien burmistrz wraz ze starostwem. Ci młodzi ludzie z pięciorgiem dzieci nie mogą żyć w ciągłym stresie bez względu na to, kto za ten stres odpowiada – deklaruje sołtys.

Inny z mieszkańców Siennicy jest już bardziej rozmowny, choć jednocześnie prosi o zachowanie jego danych w tajemnicy.

– Tadeusz to taki typ człowieka, który brudu za paznokciami każdemu pozazdrości, ale aby tak traktować własnego syna?! To jest niepojęte – oburza się mężczyzna.

To nie tak…

Aby zweryfikować te wszystkie informacje, próbowaliśmy dodzwonić się do pana Tadeusza lub jego żony Haliny. Za którymś razem telefon odebrała kobieta, która potwierdziła, że dodzwoniliśmy się do Haliny Matuszewskiej. Dopiero w dalszej części rozmowy wyszło, że rozmawiamy nie z Haliną, a jej córką Anną.

Pani Anna z każdą minutą rozmowy nabierało do niej coraz to większej chęci. Jej zdaniem konflikt rozpoczął się w chwili, gdy to ona, matka samotnie wychowująca dzieci wyremontowała dom rodziców i się do niego wprowadziła.

Rodzice mają najniższą emeryturę. Nie było ich stać na zrobienie w domu czegokolwiek. Nie było doprowadzonej wody ani centralnego ogrzewania, a za potrzebą trzeba było chodzić do wygódki. Mojego rodzeństwa to nie interesowało. Dopiero, gdy ja wyszykowałam ten dom, natychmiast zbiegli się po spłatę. Wcześniej ich nie było – zapewniła nas p. Anna.

Kobieta zapewnia też, że jej matka bardzo kocha wszystkie swoje wnuki, w tym także dzieci Andrzeja.

Kiedyś, gdy pracowała w masarni i przynosiła do domu nieco jedzenia, to wracając z pracy najpierw szła do niego, aby dać coś dla dzieci. Dziś ma odpłatę, chociaż gdy nie ma rodziców, to dzieci Andrzeja i Ewy i tak zagadują babcię. Gorzej, gdy Ewka jest, wtedy babcię muszą wyzywać.
O swoich braciach nie ma nic dobrego do powiedzenia, szczególnie o jednym, którego nazywa „panem Zbigniewem”. Wspomina, że „pan Zbigniew” do 35-go roku życia siedział na mamusi garnuszku, a tak w ogóle to jest alkoholik i skończony leń. Zdaniem naszej rozmówczyni, drugi z jej braci a jednocześnie sąsiad, mieszka tam nielegalnie, gdyż rodzice tę działkę kupili na nienotarialną umowę w 1997 roku. Andrzejowi zaś pozwolili tam mieszkać „na chwilę”, do czasu, aż znajdzie sobie inne lokum. Teraz, zamiast się wyprowadzić, zastrasza rodziców, pisze donosy i zatruwa życie wszystkim dookoła. Anna, podobnie jak jej brat, również ma chore dziecko. Gdy w ubiegłym roku zorganizowano w Nasielsku głośną akcję „Gramy dla Wiktora”, z uzbieranych wówczas pieniędzy mogła kupić sobie samochód, którym chciała dowozić dziecko na leczenie. Niestety, jej bratowa Ewa miała wykrzykiwać, że dorobiła się na chorobie dziecka. „Wolałam zrezygnować” – zapewnia.
W kilkadziesiąt minut od tej rozmowy zadzwoniła do nas kobieta przedstawiająca się, jako niedoszła synowa państwa Tadeusza i Haliny. Jak się nam później udało ustalić, była to Eliza D. (jeśli rzeczywiście była ta osobą, za którą się podawała). Kobieta ta, która ma dziecko z najmłodszym synem państwa Matuszewskich, jest częstym, by nie rzec bardzo częstym gościem w ich domu. Zapewniła nas, iż starsi państwo są bardzo dobrymi i życzliwymi ludźmi. Potwierdziła w bardzo emocjonalnej wypowiedzi wszystkie twierdzenia Anny Matuszewskiej i przytoczyła cały szereg dowodów na nikczemność ich trojga dzieci. Obie panie też zdecydowanie zaprzeczają kilku informacjom podawanym przez drugą stronę sporu. Szczególnie oburzające jest ich zdaniem posądzanie p. Haliny o to, że domagała się pieniędzy za opiekę nad wnukiem, a także informacje o tym, że jej mąż katował swoje dzieci. Dodatkowo podkreślają, że p. Tadeusz posiada dokument potwierdzający, że jest właścicielem spornej działki.
Zarówno panią Annę, jak i Elizę prosiliśmy o przedstawienie dowodów winy Andrzeja i Ewy. Obie deklarowały, że będą szukały zdjęć i zrzutów ekranu z telefonów. Pierwsza z nich nie odezwała się nigdy, zaś druga napisała do nas w chwili, gdy gazeta była już w składzie, nie wnosząc nic nowego do sprawy.

Czy prawda leży pośrodku?W sporach rodzinnych prawda często leży pośrodku. Tu też odnieść można takie wrażenie po wysłuchaniu obu stron, gdzie każda uważa się za skrzywdzoną przez tę drugą. Tym razem szalę zdaje się przechylać najbliższa rodzina Tadeusza Matuszewskiego, czyli jego rodzony brat Jan.

Obecnie nie mam wielkiej wiedzy na temat tego konfliktu, bo unikam spotkań z bratem. Moim zdaniem spór jest podsycany skąpstwem Tadeusza i tym, ze wszystko, co miał, oddał jednej córce. Prawdopodobnie wyremontowany przez Andrzeja dom też chce jej przekazać, a w tym celu musi się pozbyć z niego syna z rodziną. To jest nieludzkie.  

W całej sprawie jest jeszcze coś, co podczas zbierania materiałów do tego tekstu rzucało się w oczy. Obie skonfliktowane rodziny opowiadały o wizycie duszpasterskiej księdza. Nawet kolęda została wykorzystana do szarpania bliźniego, ale nikt nie przypomniał sobie słów Zbawiciela: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: „Bezbożniku”, podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj!”

PS. W ostatniej chwili skontaktowała się z nami p. Agnieszka, pierwsza żona Andrzeja Matuszewskiego. W trakcie krótkiej rozmowy zapewniła, że w czasach, gdy mieszkała w Siennicy, teściowie byli bardzo życzliwi i pomocni.

– Trudno jest mi uwierzyć w to, że to oni są winni istniejącemu konfliktowi – wyznała.

Piotr Korycki

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *