Facebook

Koszmar na półmetku

2015-07-28 2:09:55

Dziennikarka naszej redakcji wybrała się na przejażdżkę z trenerem i zawodnikiem nowodworskiego Inter Cars MTB Team, Sebastianem Chowańcem. Jak było?

Na rowerze nie jeżdżę zbyt często. Nie startuje w maratonach, nie mam endomondo, ale 25 km (szosą) pokonuję bez zadyszki.

W planach mam 120-kilometrową wycieczkę na jednośladzie i chcę, żeby sam zawodowiec ocenił, czy dam radę. Dlatego umawiam się z nim na mały trening. Miejsce – trasa MTB w Wieliszewie. Czas – godz. 18:15.

 Telefon w skarpecie

Dobijam do celu na tradycyjnej, lekko zdezelowanej damce; Sebastian Chowaniec – samochodem z rowerem na dachu. Trener zdejmuje sprzęt, sprawdza ciśnienie w oponach.

Swojego smartfona wkłada do białej… skarpety.

– Jak zgubię, łatwiej będzie znaleźć – tłumaczy.

Na głowie obowiązkowo kask, a przy ramie – bidon. Coś do picia to podstawa. Ale nie sama woda, bo ta od razu się wypłukuje.

– Najlepiej dodać do niej trochę miodu, cytryny – zaznacza.

Ja nie mam przy sobie nic do picia, bo wyszłam z założenia, że gdy pokonuję te 20 km szosą, to w ogóle mnie nie suszy.

Jedna „pętelka”

– Zrobimy jedną pętlę. 12 km – informuje mnie zawodowiec. W tym miejscu należy zaznaczyć, że będziemy jechać czarną trasą, czyli górki, pagróki, wąwozy, piach i korzenie.

„12 km? Przecież to nic!” – pomyślałam i rzuciłam, żeby zawodowiec jechał swoim tempem i na mnie nie czekał.

– Wtedy cię zdubluję! – zaśmiał się mistrz.

Ruszamy. Na początku wszystko idzie po mojej myśli. Staram się, jak mogę, żeby zawodowcowi dotrzymać tempa. Zaczyna się jazda pod górkę. Na szczęście udaje się pod nią podjechać, a nie… podejść.

Kolejne wzniesienie, już bardziej strome. Schodzę z roweru, żeby go podprowadzić, bo inaczej się nie da. Pocieszeniem dla mnie jest fakt, że – tak przynajmniej mi się wydawało – trener też miał z nią „problemy”.

Po ok. 15 min zaczynam odczuwać zmęczenie. Każde wzniesienie, każdy piach to dla mnie wielki wysiłek. Ale nie poddaje się.

10 min później i trener coraz częściej zatrzymuje się, żeby na mnie zaczekać.

Koszmar na półmetku

Kryzys przychodzi w ok. 30 minucie – w momencie, gdy moim oczom ukazuje się tabliczka, że zostało jeszcze… 6 km.

Przez chwilę myślę, że to żart. Byłam przekonana, że zrobiliśmy już przynajmniej 10 km. Tymczasem okazuje się, że to dopiero półmetek.

Wtedy zaczyna się koszmar. Wszystko mnie boli – a najbardziej ręce. Nawet jazda z górki – zamiast przynieść ulgę – męczy. Poza tym za łyk wody oddałabym życie.

Po raz kolejny powtarzam trenerowi, żeby na mnie nie czekał. Wtedy Sebastian Chowaniec znikna mi z horyzonu.

Powoli zaczyna zapadać zmrok, ale wiem, że do finiszu tuż tuż. Wtedy też dostaję „kopa” i zapominam o zmęczeniu. W końcu wyjeżdżam na główną drogę i widzę „metę”.

Ale swoją 120-kilometrową wycieczkę chyba na jakiś czas odłożę.

Agata Czarnecka

 

Podobne artykuły

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *