Całe życie w walce
Ze Zdzisławem Brzozowskim,
zapaśnikiem i trenerem zapasów oraz mieszanych
sportów walki (mma), specjalistą-rehabilitantem,
a przede wszystkim człowiekiem o bogatym życiorysie
sportowym rozmawia Zbigniew Czarnecki- Pańskie doświadczenia w licznych dziedzinach sportu są niezwykle bogate. Od czego właściwie zaczęła się ta pasja?
- Zacząłem od boksu w Hetmanie Zamość. Nawet mi się podobała ta dyscyplina, ale trener zabronił mi używać podczas walk prawej ręki; jego zdaniem była ona zbyt szybka i silna, a przez to bardzo niebezpieczna dla rówieśników.
Kiedy więc pojawiałem się w ringu, wewnętrzny hamulec nie pozwalał mi pokazywać pełni umiejętności. No bo jak walczyć bez jednej z rąk. Zdecydowałem się więc na zapasy.
Na pierwszym treningu dostałem straszne lanie od pewnego doświadczonego zawodnika, ówczesnego mistrza Polski. Jako młodzian zawzięty i ambitny postanowiłem wówczas, że podczas następnych zawodów go pokonam. Co prawda, na drugich zajęciach ten sam chłopak złamał mi obojczyk, ale wkrótce spełniłem swą obietnicę i wygrałem z nim.
Przez jakiś czas reprezentowałem barwy Hetmana Zamość, ale po maturze w roku 1980 zdałem na studia do Warszawy na AWF. W tym czasie miałem propozycje przejścia do Wisłoka Dębica, ówczesnego klubowego mistrza świata, w którym walczyli m.in. bracia Lipieniowie, lecz wybrałem naukę.
Ukończyłem specjalizację trenerską, jestem też specjalistą rehabilitacji. Na studiowanie tego drugiego kierunku zdecydowałem się przede wszystkim dlatego, że lubię pomagać ludziom.
- W trakcie swojej kariery wyczynowej zetknął się Pan z największymi gwiazdami zapasów – zarówno polskich, jak i światowych.
- Jako reprezentant AZS AWF walczyłem w zawodach różnej rangi. Swego czasu byłem brązowym medalistą Mistrzostw Polski. Trochę miałem pecha, bo na drodze do mistrzowskiego tytułu - nawet gdy zmieniałem kategorię wagową - zawsze stawali mi najlepsi. Raz był to Andrzej Supron, innym razem Andrzej Malina czy Wiesław Dziadura. Krótko mówiąc, elita elit.
Dzięki sportowi zwiedziłem kawał świata i poznałem masę ciekawych ludzi. To był wspaniały okres, którego nie zapomnę do końca życia.
- Z pewnością przeżył Pan wiele przygód...
- Różnie bywało. Podczas mistrzostw w Bułgarii w Warnie naszej ekipie ukradziono samochód z całym bagażem. W jego odzyskaniu pomógł nam bułgarski mistrz olimpijski w zapasach. Zadzwonił gdzie trzeba, pogadał z kim trzeba i auto się odnalazło.
Pamiętam też wygrany przeze mnie mocno obsadzony międzynarodowy turniej w Zagrzebiu. To zwycięstwo było swego rodzaju prezentem ślubnym dla żony.
Nie zapomnę też innych zawodów w Bułgarii, kiedy wychodziłem na matę ze skręconą nogą. Akurat mój występ wypadł w dniu imienin, więc skoncentrowałem się i wróciłem stamtąd ze srebrnym medalem.
Na pewno nie zapomnę walk w amatorskiej lidze amerykańskiej w latach 87-92 i zwycięskiego dla mnie turnieju w Hamilton.
Bardzo ważnym zdarzeniem była też wygrana jeszcze w czasach ZSRR z Anatolijem Zorinem, wicemistrzem tego kraju.
- Mimu upływu lat i nawału zajęć nadal jest Pan związany z zapasami...
- Kocham tę dyscyplinę i związałem się z nią na dobre i na złe. Dlatego też po zakończeniu kariery zawodniczej nie rozstałem się z zapasami. Regularnie uczestniczę w mistrzostwach świata weteranów. Byłem już we Freiburgu, walczyłem w Budapeszcie, rywalizowałem w Bułgarii, uczestniczyłem też w zawodach w innych krajach. Kilka razy ocierałem się o mistrzostwo, ale na razie zabrakło trochę szczęścia. Mam jednak nadzieję, że podczas następnej imprezy wywalczę wreszcie pierwszy mistrzowski tytuł.
- W jakiej kategorii wiekowej Pan startuje?
- Od 45 do 55 lat. Chciałbym tu dodać, że jest to jedna z licznych kategorii wiekowych. Zdarzają się zawodnicy dobiegający 80-tki. Podczas pewnej imprezy widziałem zapaśnika japońskiego. Miał on ponad 80 lat, a tymczasem wyprawiał na macie takie rzeczy, że trudno je sobie wyobrazić. Wykonywał szpagaty, kręcił się na głowie..
- Zapasy powszechnie uważane są za dyscyplinę dającą największą sprawność fizyczną. Niektórzy górnolotnie nazywają je nawet „matką” innych sportów.
- To prawda. W wielu krajach zajęcia z zapasów są obowiązkowym elementem lekcji wychowania fizycznego. Nie dość, że ich uprawianie rozwija tężyznę fizyczną, to uczy również waleczności i wytrwałości, które tak bardzo przydają się w codziennym życiu.
- Skoro tak bardzo je Pan ceni, to zapewne zachęcał pan do nich swoich synów...?
- Oczywiście. Dwaj starsi synowie – Rafał i Paweł – jako zawodnicy AZS AWF zdobywali medale na wielu imprezach. Najmłodszy Adaś nie jest zapaśnikiem, ale trenuje w szkole pływanie, uprawia biegi przełajowe i jeździ na nartach.
Dodam jeszcze, że żona, też absolwentka AWF, była rozgrywającą w zespole siatkarek Świtu.
- Dlaczego zdecydował się Pan na prowadzenie nowodworskiej sekcji MMA?
- Chcę nadążać za duchem czasu. MMA cieszą się coraz większa popularnością i – być może - staną się wkrótce jedną z przewodnich dyscyplin sportowych. Na poprowadzenie tej sekcji zdecydowałem się również za namową kolegi, Karola Denkiewicza, a w słuszności tego postanowienia utwierdziły mnie chociażby sukcesy moich podopiecznych – mistrza Polski Łukasza Jankowskiego i wicemistrza Korado Shamsadowa. Obaj ćwiczą zaledwie od dwóch lat, a już mają na koncie takie osiągnięcia (pisaliśmy o tych zawodnikach w nr – przyp. redakcji).
Poza tym nowe prądy w sporcie widać na każdym kroku. Gale MMA czy K-1 stają się coraz bardziej znane chociażby za sprawą Mariusza Pudzianowskiego i Pawła Nastuli.
- Był Pan doradcą i sparingpartnerem Pudzianowskiego przed jego walką z Najmanem...
- Owszem. Uczyłem go pewnych elementów technicznych, między innymi uników i chwytów. Myślę, że może być z niego bardzo dobry zawodnik. Po pierwsze - ma ogromną siłę, po drugie jest bystry - chwyta w lot wszelkie uwagi i sugestie, i wreszcie, jak na swoją masę jest zwinny i elastyczny. Na dodatek jest ambitny i potrafi ciężko pracować.
Sądzę, że przy pomocy dobrego trenera i odpowiednich sparingpartnerów może wejść na szczyty również w tej dyscyplinie.
Nawiasem mówiąc, moim marzeniem jest doprowadzenie do zorganizowania w Nowym Dworze gali walk K-1 i MMA. Chciałbym, żeby w takiej imprezie – jeśli oczywiście do niej dojdzie – uczestniczyła choćby część elity naszych sztuk walki.
- Dodam jeszcze, o czym Pan nie wspomniał, że prowadzi Pan zajęcia fitness w jednym z klubów warszawskich. I że był pan przez kilka lat dyrektorem szkoły ochrony. Jak znajduje Pan czas na to wszystko?
- Najprościej mówiąc, jestem człowiekiem bardzo zorganizowanym. Każdy dzień mam wyliczony co do minuty. A poza tym lubię to co robię.
- Dziękuję za rozmowę.
| « poprzednia | następna » |
|---|






