Facebook

Drogi do Boga

2017-08-20 8:05:27

PIOTR KORYCKI

p.korycki@nowodworski.info

Mój dawny proboszcz, Fr. Antony Sumich, zanim posłyszał głos Boga, żył życiem nie odbiegającym od norm panujących w jego środowisku. Syn chorwackich emigrantów, urodzony w Australii, trenował i zdobywał mistrzostwa w skokach narciarskich. Kochał życie i sport. Wstępując do tradycyjnego, katolickiego seminarium musiał naturalnie zmienić styl życia, ale pasji swych nie wyzbył się nigdy. Gdy decyzją przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piotra został skierowany do opieki nad naszą wspólnotą, niemal natychmiast zaczął organizować wakacyjne wyprawy w góry. „Boga można znaleźć wszędzie, a z gór nawet lepiej Go widać” – mawiał. Nie, nie była to czcza gadanina. Wielu z nas, z własnego doświadczenia zna przeróżne wyjazdy z księżmi. Najczęściej od zwyczajnych kolonii różnią się tym, że gdzieś tam jest ksiądz, którego nie poznasz po stroju a wieczorem kto nie ucieknie, dołączany jest do radosnej „Uczty” zwanej też czasami Eucharystią”, gdzie umierającemu na Krzyżu skocznie przygrywają skąpo odziane, młode gitarzystki. U ojca Sumich`a dzień miał swój rytm i był to rytm zbliżony do życia zakonnego. Pierwsze „In Nomine Patris at Filii, et Spiritus Sancti” dawało się słyszeć jeszcze przed śniadaniem. Zaplanowana wyprawa w góry mogła się zacząć dopiero, gdy na słowa kapłana „Ite Missa est” zebranie odpowiedzieli: „Deo gratias”. Po stosownym błogosławieństwie, można było ruszać. Oczywiście były wyjątki. Gdy sytuacja tego wymagała, ojciec Sumich sprawował polową Mszę św. Zapewne wszyscy doświadczyliśmy uczestniczenia w takiej Mszy lub przynajmniej znamy ją z filmów czy zdjęć. Kapłan w koszulce polo, jedynie z jakimś ręcznikiem na szyi, odwrócony kajak czy stolik z IKEI robiący za ołtarz Pański i siedzący na trawie „wierni”. Nie! Msze święte ojca Sumich,a odprawiane w głębokim lesie czy na szczycie lodowca, zawsze były tak samo godne i dostojne, jak te, które sprawował w kościele. Ciągnie zawsze ze sobą albę, humerał, stułę ornat, manipularz, cinglum, biret, ampułki, ręczniczek, korporał, puryfikaterz, palkę, kielich, patenę, welon, obrusy, świece, akolitki, tyrybularz, wodę święconą i wszystko inne co trzeba. Do posługi zawsze gotowi są ministranci, pomocnicy… I po co ja o tym piszę, skoro nikt z Państwa nie zna i pewnie nie pozna ojca Sumich`a? Otóż po to, aby zapewnić, że mimo takiego rygoru i „klasztornego” dnia, nigdy nie brakowało chętnych na jego wyjazdy, nikt nie spóźniał się na modlitwy, nikt nie mówił, że Msza trwa za długo. Każdy czekał następnej okazji a wielu dzięki tym wyjazdom zobaczyło Boga. Nie każdy kapłan musi mieć kondycję do takich wypraw. Nie każdy umie to robić, nie każdy czuje potrzebę. Wszak ksiądz jest od Mszy a nie od wywczasów. Ważne jednak, aby – gdy sam nic nie robi – nie psuł inicjatywy innych, by nie niszczył ich dorobku, aby nie odpychał od siebie i kościoła. Pewna, stosunkowo młoda parafia na obrzeżach naszego powiatu… Nie tak dawno Ksiądz Biskup odwołał z niej lubianego przez wiernych proboszcza. To on, przy pomocy grupy wiernych, zbudował przy plebanii piękny plac zabaw, stowarzyszenie przykościelne organizowało kolonie, wycieczki… Nie wiem, jak to przekładało się na życie duchowe, ale w parafii był ruch… ludzie żyli wspólnotą. Dziś wspólnoty nie ma. – Przepraszam panią, gdzieś tu jest plac zabaw – zagadnąłem przygodną kobietę niedaleko kościoła. – A… ten taki zaniedbany…? To tam, zaraz przy plebanii – odpowiedziała wskazując na porastający zielem skwerek. Smutne. Wystarczyło, że zmienił się proboszcz.

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *