Facebook

Chcemy wrócić na swoje

2015-09-26 8:16:03

W wyniku pożaru spalił się ich dom. Spłonęło wszystko – meble, sprzęty, dokumenty, dziecięce zabawki i książki… Dzięki ludziom dobrej woli mają umeblowane mieszkanie zastępcze, ale jedno, o czym marzą, to wrócić do swojego domu

– My jedyne, co chcemy, to tylko wrócić do siebie. Chcemy odbudować swój dom, a nikt nie potrafi nam pomóc. Nikt nie potrafi nam konkretnej odpowiedzi udzielić, czy możemy się odbudować, czy nie – mówi pani Edyta Sosnowska.

Feralna noc

W środową noc 26 sierpnia spłonął dom pani Edyty i pana Roberta mieszczący się w Nowym Modlinie. Był to przedwojenny budynek, kuchnia, trzy pokoje, w tym jeden duży dla dzieci. W drugiej części od 50 lat mieszkali lokatorzy. W kilkanaście minut ogień zajął budynek. Dwóch osób nie udało się uratować. Prawdopodobnie przyczyną był papieros lokatora, który nie przeżył pożaru.

– Wylecieliśmy na boso, w piżamach. Żeby nie obudziła nas sąsiadka, pewnie byśmy spłonęli. Próbowaliśmy gasić ogień wodą nabieraną do wiader. Dzieci stały w oknie u sąsiadów i patrzyły, jak się to wszystko pali – wspomina pani Edyta Sosnowska.

Pan Robert próbował dostać się do drugiego mieszkania, z którego pochodził ogień.

– Chciałem butlę gazową wyciągnąć. Jak drzwi otworzyłem, to buchnął ogień. Miałem całą twarz poparzoną, ucho. Strażak, który wskoczył do mieszkania, bardzo szybko się wycofał. Zdołaliśmy wyciągnąć butlę, żeby nie wybuchła – mówi pan Robert Smoczyński.

Zardzewiałe hydranty

Na miejscu tej nocy pracowało kilka zastępów straży pożarnej.

– Zaczęliśmy z kolegami wynosić rzeczy, ale ktoś rzucił hasło „dobra, nie wynośmy, bo już prawie ugasili” i faktycznie tliło się już tylko niczym niewielkie ognisko. Strażacy chcieli podłączyć się do hydrantów, ale okazało się, że są one zardzewiałe, nie nadają się do użycia. Zanim przyjechała kolejna straż z cysterną, upłynęło 20 min. Płonęło wszystko. Strażacy stali bezradni, bo to był stary, drewniany budynek, to się moment zapaliło. Może by nie było tego nieszczęścia, gdyby nie hydranty – wspomina z żalem pan Robert.

Zgodnie z przepisami obowiązek konserwacji hydrantów spoczywa na właścicielu sieci wodociągowej. To gmina, a właściwie podległa jej spółka (w przypadku Nowego Modlina – Komunalny Zakład Budżetowy z Pomiechówka) odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie hydrantów. Stan techniczny urządzeń powinien być sprawdzany zgodnie z regulaminem dostarczania wody i odprowadzenia ścieków, a jeśli częstotliwość kontroli nie jest w regulaminie uwzględniona, to powinna się odbywać nie rzadziej niż raz w roku.

– Hydranty od 32 lat nigdy w życiu nie były konserwowane! Na drugi dzień po pożarze dopiero przyjechali i hydranty wymienili – tłumaczy pan Smoczyński. – Ktoś proponował, by KZB podać do sądu o hydranty, ale nie wiem nawet, do kogo się z tym zwrócić. Po części oni są winni. Żeby przez 32 lata hydranty nie były poddane konserwacji? Dopiero po tragedii? Zawsze musi się coś stać, żeby ktoś zareagował? Urzędnicy powiedzieli nam, że nie mogą tego zaliczyć do żywiołu, bo tylko jeden z domów się spalił. To jakby trzy się paliły, to by wszystkie doszczętnie spłonęły, bo wody nie było!

Do kogo po pomoc?

Po pożarze rodzina dostała mieszkanie zastępcze w Goławicach Pierwszych. Dzięki publicznym zbiórkom otrzymała wsparcie od osób dobrej woli, jednak wszyscy zgodnie twierdzą, że chcieliby do swojego domu.

– Ciężko ma najmłodszy syn Kacper, chce do domu. Pyta, kiedy wrócimy, płacze, tęskni. Jemu się tu nie podoba, tam jest jego dom. Roksana i Sandra też przeżywają, chociaż mniej to okazują – mówi pani Edyta. – Ludzie umeblowali nam mieszkanie i ubrali od stóp do głów. Samochodami rzeczy przywozili, w dużej mierze dzięki pani Gosi Steckiej.

Czego brakuje rodzinie w tej chwili? Na pewno potrzebne są dwie wiszące szafki kuchenne, by móc zmieścić talerze pochowane w kartonach. To jednak nie wszystko. Rodzina chciałaby odbudować spalony dom. Czy może? Czy bliskie sąsiedztwo lotniska jest przeszkodą? Z tymi pytaniami pan Robert zwrócił się do urzędników.

– Byłem u wójta, wójt rozłożył ręce, wysłał mnie do pani sekretarz. Pani sekretarz wysłała mnie do starostwa do Nowego Dworu, ale pani z Wydziału Architektury odesłała mnie z powrotem do wójta. Odsyłają mnie z miejsca na miejsce. Ja mam osiem klas podstawówki, ja się nie znam na tym, nie wiem, jak to załatwić. Potrzebujemy radcy prawnego, prawnika, który pomógłby nam w sprawach typowo urzędowych i prawnych. Wszędzie nas zbywają, jeden odsyła do drugiego – mówi pan Smoczyński. – Ludzie na stanowiskach nie wiedzą, co nam odpowiedzieć. Jesteśmy wdzięczni wójtowi, że nam dał mieszkanie, zaoferował pomoc w odbudowie, ale to tylko słowa. Spalonego domu na razie rozbierać nie kazał, więc czekamy. Kartki poprzyczepiałem, żeby nikt nie wchodził, bo to grozi zawaleniem, a każdy ciekawy, szczególnie dzieci.

Państwa Edytę i Roberta męczy brak decyzji i możliwości działania. W tej chwili są w trakcie załatwiania formalności, dzięki którym mogliby zostać objęci pomocą fundacji i zebrać pieniądze na odbudowę domu, czekają na rekomendację od wójta.

– Na razie nie mamy pieniędzy, ale może Bozia pomoże, byśmy sobie domek postawili. Na razie jednak nic nie możemy zrobić. Jeśli nie będzie zgody na odbudowę, to co dalej? Za jakiś czas zmieni się wójt, to gdzie pójdziemy? Za rok czy dwa nikt o nas nie będzie pamiętał. Człowiek siedzi i myśli, gdzie i do kogo się udać, by uzyskać pomoc. Człowiek jest bezradny jak dziecko…

W imieniu rodzimy prosimy o pomoc „non profit” – przede wszystkim prawną. Rodzina ma wiele pytań. Może znalezienie odpowiedzi pozwoli jej wrócić do swojego domu.

Anna Cichocka

 

 

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *